Elektroniczna egzekucja należności

Canberra jest miastem jedynym w swoim rodzaju. Rywalizacja między Sydney a Melbourne o władzę nad nowo powstałym sto lat temu państwem tchnęła ducha rozwoju w tę

Canberra jest miastem jedynym w swoim rodzaju. Rywalizacja między Sydney a Melbourne o władzę nad nowo powstałym sto lat temu państwem tchnęła ducha rozwoju w tę

malutką wówczas wioskę. Kiedy dzisiaj jeździmy po niej samochodem, cały czas mamy wrażenie, jakbyśmy ciągle byli na przedmieściach wielkiego miasta. Olbrzymie obszary wody i zieleni oddzielają od siebie poszczególne kwartały miasta. Rządowe budynki porozrzucane po całym mieście łączą ze sobą szerokie, dwu- i czteropasmowe jezdnie. Jeździ się szybko i sprawnie.

Sobotnie wydanie lokalnej gazety przynosi na pierwszej stronie interesującą informację. Otóż rząd stanowy w Canberze w budżecie na przyszły rok pod pozycją "dobrowolne opodatkowanie się obywateli" zaplanował przychód w wysokości 6 mln dolarów. Rzecz w tym, że pod tym eufemizmem kryją się wpływy z mandatów, głównie za przekroczenie prędkości i przejazd na czerwonym świetle. Ponieważ w zeszłym roku speed cameras i red light cameras zarobiły 3,8 mln, to rząd postanowił podwoić ich liczbę widząc w dobrowolnym opodatkowaniu intratny interes.

Kamery i połączone z nimi komputery są tutaj wykorzystywane na drogach powszechnie i to nie tylko w tak grabieżczych celach. Na całym Wschodnim Wybrzeżu monitoruje się ruch ciężarówek. Zwłaszcza kontroluje się przestrzeganie przez kierowców wymaganych przepisami przerw na odpoczynek. Zbyt szybkie pojawienie się w kolejnym punkcie kontrolnym... i strata pracy wisi na włosku.

W Melbourne kamery i komputery służą jako bramki wjazdowe na płatne odcinki dróg. Na wybudowanym niedawno city linku postanowiono elektronicznie kontrolować ruch pojazdów. Jeśli wjedziesz na płatny odcinek drogi bez uprzednio wykupionego przejazdu, to masz 24 godziny na dokonanie opłaty, zanim zaczną cię ścigać.

Niewiele jest zapewne krajów, gdzie można sobie pozwolić na takie zaufanie do kierowców. Każdy z nas mógłby wskazać miejsca, w których wysokość nie opłaconych przejazdów i koszty ich dochodzenia sporo przekraczałyby koszt instalacji i utrzymania tradycyjnych bramek.

O ile władze Melbourne, jak widać, mogą sobie jeszcze pozwolić na takie zaufanie, to już dawno pozbyli się go właściciele wypożyczalni samochodów. Nietrudno o to, gdy trzeba się wykłócać o zapłatę za szkody nie pokryte przez ubezpieczenie lub opłacać mandaty przychodzące długo po terminie zwrotu samochodu.

Na szczęście dla nich e-gospodarka pozwala im dzisiaj radzić sobie z tymi problemami. Numer karty kredytowej i data jej ważności podane na umowie wynajmu pozwalają im bez większych problemów na ściągnięcie należnych pieniędzy. Co prawda w pierwotnym zamyśle użycie karty bez zgody jej właściciela miało być chronione jego własnoręcznym podpisem lub tylko jemu znanym PIN-em, to jednak Internet - na nasze nieszczęście - skutecznie tę praktykę zmienił.

Na razie policja i straż miejska ściągają należne im pieniądze poprzez listowne monity, komorników i w ostateczności sądy. Ale jeśli któregoś dnia stróże prawa pójdą w ślady odnajmujących samochody i przed wydaniem prawa jazdy będą żądać numeru karty kredytowej, to cała sprawa stanie się dla nich banalnie prosta. Chcemy tego czy nie - elektroniczna egzekucja należności czai się na nas za rogiem.

Australia, Melbourne, 14 maja 2001 r.


TOP 200