Elegia na odejście Urzędnika

Wszystko jest dobrze, gdy firma uzbiera ze swych zysków jakąś górkę. Do jej normalnego działania i istnienia jest to nawet konieczne, bo nigdy przecież nic nie wiadomo. Cieszy mnie, gdy firma taka część tej górki przeznaczy a to na szkolenie załogi, a to dofinansowanie - czy nawet sfinansowanie - jakiejś konferencji, a to skromną imprezę gwiazdkową dla pracowników i klientów. No, niech nawet uskłada na tej górce tyle, by móc kupić jakąś inną, mniejszą firmę, wzbogacając tym swą ofertę czy czyniąc ją pełniejszą.

Nie jest już jednak aż tak dobrze, gdy rzeczona górka zysku zamienia się w górę o monstrualnych rozmiarach, bo częściej bywa to wynikiem zwyczajnego łupienia klientów niż szczególnego powodzenia w biznesie. Wspomniane łupienie klientów to przypadek w praktyce dość częsty i bywa, że jest działaniem grupowym, w którym kilka firm wykorzystuje swą quasi-monopolistyczną pozycję. Niby nikt z nikim się nie umawia, niby się ostro między sobą konkuruje, ale wszyscy zainteresowani wiedzą i starannie przestrzegają tego, że poniżej pewnego poziomu cen się w tym towarzystwie nie schodzi. Stąd konsolidacje i łączenia ze społecznego punktu widzenia bywają zwyczajnie szkodliwe, gdyż uzyskane w ich wyniku efekty głównie zamieniają się w zyski, a w niewielkim tylko stopniu trafiają do klientów.

Chyba ze trzy razy miałem okazję słyszeć i widzieć jej wystąpienie na żywo. I za każdym razem było to rzeczowe, logiczne, przemyślane i spokojne przedstawienie argumentów. Powiem więcej: tematy tych wystąpień były różne, ale jedno się w nich powtarzało: nigdy żadnej, śladowej nawet, polityki. Ani tej wielkiej, ani małej, po prostu - żadnej! Jak na urzędnika państwowego przystało.

No, a ilu mamy urzędników, którzy, na czas pełnienia powierzonego im urzędu, zawieszają politykowanie i urząd swój sprawują neutralnie?

Neutralnie, ale w interesie społecznym, bo takie właśnie jest powołanie urzędnika. I w rządzie, i w gminie. Więcej - rola urzędnika i na tym też polega, by w politykę nie dać się uwikłać. Interes społeczny jednak przynależy dziś bardziej do pojęć pogardzanych niż hołubionych, bo za wyrocznię ciągle mamy zdanie tej pani, która twierdziła, że coś takiego jak społeczeństwo w ogóle nie istnieje.

A wystarczy porównać, ile sześć lat temu kosztowały połączenia telefoniczne, jak szybki i powszechny był wtedy w Polsce internet i ile trzeba było płacić za dostęp sieci. Okaże się, że wszystkie ceny spadły, bywa nawet o rząd wielkości, a szybkości znacząco wzrosły, nie wspominając o nieporównywalnie szerszym zakresie dostępności i wysokiej niezawodności. Doprowadzenie do tego stanu to nie tylko wynik urzędowych działań regulacyjnych, ale i sporych nakładów inwestycyjnych poczynionych przez działających na rynku operatorów telekomunikacyjnych. Mało szczere były krokodyle łzy lane przez tychże operatorów nad swoją dolą, bo jakoś żaden z nich nie tylko nie zbankrutował, ale wszyscy mają się nieźle i każdy nadal dysponuje swoją, całkiem pokaźną górką, która gwarantuje mu spokojny byt i przetrwanie.

Jak wobec takich urzędników-fachowców, którzy pozostając poza polityką, potrafią skutecznie, ale i w rozsądnych granicach zadbać o interes społeczny, winno postępować państwo? Ilu takich urzędników to państwo w ogóle ma? Czy aż tylu, że można nimi szastać? Chyba tak, skoro bez żadnych skrupułów zmienia się urzędnika, który, jak żaden chyba przed nim, zasłużył się w interesie społecznym, a więc w interesie każdego z nas, nie wyłączając tych, którzy być może teraz tego nie odczuwają, bo przesłaniają im to przywileje przypisane wysokiej władzy. Wysokiej władzy, która za te zasługi w imieniu nas wszystkich winna osobiście pofatygować się do zwalnianego Urzędnika z wyrazami wdzięczności i podziękowaniami, a nie wysługiwać się świeżo mianowanym ministrem.

A w Polsce kilka co najmniej innych branż ciągle czeka na swoją Annę Streżyńską. Problem w tym, że Streżyńska jest tylko jedna.


TOP 200