E-rynek to za mało

Doświadczenia firm internetowych tworzących rynki elektroniczne dowodzą, że na razie nie można liczyć na zarobki w tej sferze biznesu.

Doświadczenia firm internetowych tworzących rynki elektroniczne dowodzą, że na razie nie można liczyć na zarobki w tej sferze biznesu.

Gdy rozpoczęły działalność pierwsze sieciowe giełdy, np. stalowa czy farmaceutyczna, spotkały się z nadzwyczajną łaskawością funduszy venture capital, a przez publiczność zostały obwołane rewolucyjną awangardą zmieniającą model biznesu w amerykańskiej, a potem światowej gospodarce. Po roku czy półtora działalności inwestorzy nie chcą słyszeć o finansowaniu firm internetowych, a w modelu biznesu zaszły pod ich wpływem niewielkie zmiany.

Dzisiaj już prawie żadna z firm sieciowych nie utrzymuje się tylko z działalności na elektronicznym rynku. Na tym się po prostu nie da zarabiać. E-Steel, E-Chemicals, AviationX i wiele innych musiały poszukać innych źródeł zarobków. Te firmy nie przewidziały bowiem, że fakt zgłoszenia swojego udziału w elektronicznym rynku ze strony dostawców i odbiorców wcale nie oznacza, że przeniosą one do sieci znaczącą część swoich biznesów, że rzeczywiście będą chciały zawierać transakcje na tym rynku. Okazało się, że wcale nie chcą tak uczynić. W elektronicznych giełdach uczestniczą tak "na wszelki wypadek", ale zdecydowaną większość transakcji zawierają za pomocą własnych systemów zintegrowanych albo metodą tradycyjną. Na rynek elektroniczny patrzą nieco z dystansem również dlatego że nie zawsze chcą konkurować jedynie ceną, a to jest podstawowy mechanizm, który sprawdza się w handlu sieciowym. Poza tym większość producentów woli z dostawcami budować własny informatyczny łańcuch logistyczny niż korzystać z usług firm internetowych, czyli działać na niezależnym rynku. W efekcie przychody z opłat transakcyjnych są tak małe, że nie dają szans na przetrwanie ich twórcom.

Inwestorzy i Wall Street są niewzruszeni. Na taki biznes już nie dają pieniędzy. Firmy internetowe przyparte do muru musiały zrezygnować z wielkich i ambitnych planów, a poszukać zajęć intratnych. Takim zajęciem okazało się sprzedawanie bądź wynajmowanie oprogramowania do obsługi handlu elektronicznego lub informatycznych łańcuchów logistycznych firm. Po prostu "przepakowały" własne aplikacje, które miały służyć do obsługi transakcji na tworzonych przez siebie giełdach, i udostępniają je za opłatą małym i średnim firmom, które nie chcą - nie stać ich - produkować własnego oprogramowania do e-biznesu albo sprzedają licencje dużym firmom, tworzącym wokół siebie rynki sieciowe.

ForRetail.com, twórca elektronicznej giełdy wyposażenia mieszkań, został zmuszony do takiej właśnie zmiany. Skupiał 400 wytwórców i 25 tys. detalistów, ale 5-proc. opłata transakcyjna nie dość że nie rekompensowała kosztów, ale pochłaniała pieniądze inwestorów. Prezes tej firmy, Michael Burgess, zmodyfikował nieco oferowane oprogramowanie i udostępnił je dilerom, którzy zamierzają prowadzić handel poprzez swoje strony internetowe. Ma już pierwszych klientów.

AviationX planował budowę sieciowego rynku dla lotnictwa. Zrezygnował z tego pomysłu. Dzisiaj sprzedaje regionalnym towarzystwom lotniczym aplikacje wspomagające handel częściami zapasowymi. Na razie nie zarabia. To znaczy ma nadzieję, że będą mu od nowego roku płacić. Na razie wspólnie z nimi doskonali oprogramowanie za pieniądze inwestorów.

E-Chemicals rozpoczęła działalność w 1998 r. Rywalizowała z podobną giełdą zorganizowaną przez wielkich producentów branży chemicznej. Nie zdołała utrzymać płynności finansowej. Teraz dla byłych rywali tworzy oprogramowanie, jest ich partnerem.

Foodtrader.com nie tworzy już niezależnej giełdy, lecz oprogramowanie dla sieci supermarketów.

Podobne są losy E-Steel. Świadczy ona usługi dla Forda i BHP Steel, największego australijskiego producenta stali. Buduje dla nich infrastrukturę dla e-biznesu. Pobiera drobną opłatę za uczestnictwo i transakcje. Większe pieniądze przynoszą jej konsultacje i usługi integrujące e-biznes z innymi ich aplikacjami. Ken Thompson, prezes E-Steel, mówi z goryczą: "Kiedy zaczynaliśmy, byliśmy przekonani, że wnosimy do gospodarki wielką wartość, czyli rynek elektroniczny, który pozwoli efektywnie współpracować małym i średnim firmom. Okazało się, że nie są tym zainteresowane. Tylko wielkie firmy widzą korzyść z integracji swoich łańcuchów logistycznych".

Niezależne rynki elektroniczne, stworzone przez nowo powstające firmy internetowe, funkcjonują, ale zostały zepchnięte na margines. Jest dla nich tym mniej miejsca na rynku, im bardziej wielkie przedsiębiorstwa tradycyjnej gospodarki doceniają e-biznes i im szerzej włączają Internet do swojej działalności. Jest to fakt wart przemyślenia również przez polskie firmy internetowe, na razie dosyć lekkomyślnie inwestujące w interesy, które już gdzie indziej zbankrutowały.


TOP 200