Dymek z papierosa, czyli o ukrytej potędze sieci

Samotna praca twórcza ma duże zalety, ale wzbogacenie jej o możliwość ciągłej interakcji z innymi zapewne podniesie jakość jej efektów.

Samotna praca twórcza ma duże zalety, ale wzbogacenie jej o możliwość ciągłej interakcji z innymi zapewne podniesie jakość jej efektów.

Wyczytałem w ciekawym artykule Edwina Bendyka "Ukryta siła sieci", który ukazał się w jednym z kwietniowych numerów tygodnika Computerworld, że "psujące teoretycznie wydajność pracy przerwy na papierosa są jednym z elementów networkingu, czyli spontanicznej komunikacji, podczas której dochodzi do wymiany informacji, a w efekcie do społecznego uczenia się instytucji". Zaparzaczki kawy, dystrybutory wody i barki to naturalne huby korporacyjnych sieci społecznych. To mi otworzyło oczy na pewne pozornie mało znaczące fakty. Oto ostatnio na konferencjach międzynarodowych - a mam ich sporo za sobą - w Niemczech, Stanach czy krajach skandynawskich coraz częściej zauważam, że organizatorzy nie dbają już tak o dyscyplinę rozpoczynania obrad, jak dawniej. Coraz dłuższe są przerwy na kawę. Okazuje się, że tak naprawdę to już są nie tyle coffee breaks, ile networking breaks. Podczas tych przerw nieraz miałem okazję zapoznać się z ideami, które by do mnie nie dotarły w inny sposób. Musi się często wysłuchać mnóstwa referatów i przedrzeć się przez dziesiątki książek, których treść jest w 90% mało inspirująca, i trzeba dopiero przerwy konferencyjnej, żeby nagle coś nas oświeciło.

Psycholog Piotr Mosak, który również zabierał głos na tych łamach ("Chwila relaksu i kontaktu"), daje przekonywające wyjaśnienie: relaks otwiera głowę. Francuzi już dawno to docenili: celebrują długo "dejeneur" (francuski długi lunch) i dinery, przekonani, że dzięki sieci obiadowej (comensalisme) podtrzymują la societé conviviale (społeczeństwo towarzyskie), które ich relaksuje, uspołecznia, rozwija kapitał ludzki, społeczny i kulturowy, inspiruje i dostarcza pomysłów (najwartościowsze są te pierwsze, oryginalne). Nie przypadkiem nie przyjął się w tym kraju zwyczaj lunchu w barach szybkiej obsługi, bo ich "dejeneur" musi trwać z półtorej godziny; a najbardziej towarzyska część obiadu to końcówka - ser i wino. Francuzom oczywiście jest łatwiej: oni jedzą m.in. ślimaki, a z tych powolnych zwierzątek nie da się zrobić jedzenia do fast foodu.

Francuski uczony, Jean-Anthelme Brillat-Savarin, patron wielu towarzystw gastronomicznych, w swojej Physiologie du gout ou meditation de gastronomie transcedante (pierwsze wyd. 1826), trafnie zauważył, że ludzie mogą być sobą znudzeni, ale nigdy nie nudzą się przy stole, przynajmniej przez pierwszą godzinę, kiedy to ujawniają swój l'esprit w racach dowcipu, błyskotliwych opowieściach, zalotach itp. Taka wspólnota obiadowa dobrze usposabia do skutecznych strategii sedukcyjnych i wszelkich innych.

Stół koncentruje energię pozytywną, pozwala rozwiązywać konflikty. Posiedzenia przy stole rozwiązują wiele spraw ważnych dla lokalnych społeczności i małych grup, zachęcają do szczerości (często aż do bólu), działają psychoterapeutycznie, oczyszczają i leczą z nagromadzonych waśni. Ale też często te waśnie produkują, rozwiązując nie tyle problemy, ile języki, zwłaszcza gdy potrawy są podlane trunkami (bo "śledź lubi pływać)". Rozwiązany język prokuruje nowe zadry, dostarczając w ten sposób nowych doznań i przeżyć, dzięki temu, że takie imprezy bywają nieprzewidywalne. Na tym przykładzie widać, że sieciowych przepływów komunikacyjnych nie powinno się idealizować. Może przez nie przepływać także zła energia.

Social software

Nieraz pisałem o tym, że komputer staje się metaforą mózgu. Na razie pod wieloma względami jest to metafora na wyrost: komputery sieciowe nie zapładniają się jeszcze nowymi pomysłami (bo się w ogóle nie zapładniają, ale to tylko kwestia czasu), każdy ma swoje mniej lub bardziej statyczne oprogramowanie. Programy w mózgach ludzi nawzajem się inspirują, wzbogacając social software. Jedną z przewag mózgu jest to, że plik w nim otwierany jest za każdym razem inny, bogatszy w wiedzę, gdy nam jej przybywa, uboższy, czyli głupszy, gdy ubywa. Kiedy każdy zapisany przez nas plik komputerowy będzie się po otwarciu sam aktualizował, będzie to rewolucja intelektualna.

Już dawno psychologia ustaliła, że tak naprawdę nie rozumie się danego problemu dopóty, dopóki się go nie potrafi wyjaśnić innym, bo przy takim wyjaśnianiu potrzebny jest feedback, niezbadane przepływy międzymózgowe, dzięki którym doznaje się iluminacji, "ma się błysk". Często godzinami rozmyślam nad jakąś kwestią i nie dochodzę do jej istoty. Dopiero rozmowa, spór zapala jakąś iskrę, oświeca. Tym można wyjaśniać fenomen improwizacji - m.in. wielkiej improwizacji poetów Mickiewicza i Słowackiego - którzy osiągali szczyty poezji. Bez takiego wzajemnego inspirowania się, w pojedynkę nigdy by takie improwizacje nie powstały. Oczywiście wielu twórców: poetów, filozofów tworzyło w pojedynkę. Zapewne nie powstałyby wielkie systemy filozoficzne, gdyby ich twórcy musieli na bieżąco korygować swoje poglądy pod wpływem sporów. Nie byłoby systemu Kanta w takim kształcie, gdyby mistrz z Królewca nie rozmyślał w samotności. Takie samotne dochodzenie do prawd zapewnia większą spójność systemu myślowego czy dzieła, chroniąc przed eklektyzmem, ale też czyni go bardziej wrażliwym na krytykę: jeśli komuś uda się wyjąć z takiej budowli jedną cegłę, to cały gmach się wali. Dlatego uważam, że gdyby Kant nie rozmyślał w samotności, a interaktywnie, to jego system byłby doskonalszy. Były takimi systemy stworzone przez wielkich filozofów greckich, które dojrzewały w ogniu sporów toczonych w Gaju Akademosa. Znana to prawda, że kiedy ludzie myślą tak samo, to zachodzi podejrzenie, że tak naprawdę nikt nie myśli.

Idee rodzące się w relacjach społecznych i dokonujący się w nich przepływ informacji były zawsze ważne, rozbudzały twórczość, wyobraźnię, wzbogacały wiedzę lokalną. Dziś są po stokroć ważniejsze przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że twórczość jest źródłem bogactwa (i to w takim stopniu jak nigdy wcześniej); po wtóre zaś dlatego, że te dobra rodzą się w sferze przepływów, o czym pisałem szerzej na tych łamach w cyklu esejów o hiperkomunikacji.

Wartość dodana

Ukazał się już monotematyczny numer kwartalnika "Kultura Współczesna" (1/2005) pod redakcją Edwina Bendyka i niżej podpisanego ("Kultura wobec wyzwań epoki cyfrowej i sieci"). W tekstach tam zamieszczonych znajdzie Czytelnik m.in. próbę wyjaśnienia, dlaczego kapitał symboliczny, który powstaje w procesie komunikacji interpersonalnej, jest tak ważny dla dzisiejszego kapitalizmu. Przytoczę tylko jeden fragment - "Nowy typ produktów wytwarzanych we współczesnym kapitalizmie - takich jak język, wiedza, nauka, sztuka, informacja, style życia, czy standardy relacji międzyludzkich - ma charakter dóbr publicznych. Niepodzielnych, niezawłaszczalnych, niewyczerpywalnych. Obdarzonych wartością, która rośnie, a nie maleje w miarę ich wolnej wymiany i swobodnego użytkowania, dając początek tzw. konstruktywnej konsumpcji. Jest to możliwe dzięki temu, że dobra te są tworzone w nieustającym procesie przez tych, którzy z nich zarazem korzystają, przy czym im lepiej je wykorzystują, czyli im wyższym kapitałem symbolicznym czy społecznym dysponują, tym lepszej jakości "produkty" oddają społeczności, w której się znajdują, z powrotem. W tym nowym porządku granica między producentem i konsumentem znika, oczyszczając pole dla czystej kreatywności, wolnego działania" (Magda Pustoła, "Krótka bajka o wykluczeniu").

Ten kapitał jest tym bogatszy, im więcej do zaoferowania w sferze idei, emocji itp. mają uczestnicy tego dyskursu. Mają coraz więcej dzięki różnorodności owego społecznego software'u, czyli naszego wyposażenia kulturowego. Ten software stale się wzbogaca w procesie komunikacji. Z punktu widzenia biznesu jednym z najwartościowszych jego składników jest społeczny wizerunek firm. Chodzi o wartość społeczną firm określaną przy użyciu miar sieciowych ustalających wielkość kapitału relacji, w jakich firma pozostaje ze wszystkimi swoimi interesariuszami (o czym pisał także Z. Biebrzański w artykule "Marka z ludzką twarzą" opublikowanym w kwietniu na łamach Tygodnika Powszechnego). To jest kapitał społeczny, z którego biznes czerpie pełną garścią. Jego częścią jest samorzutny marketing sieciowy, w wyniku którego rodzi się elita konsumentów danego produktu (chodzi o marketing uprawiany przez osoby aktywne w komunikacji, zwane gwiazdami socjometrycznymi, które są pionierami, pierwszymi użytkownikami).

Szeptana reklama jest potężnym medium marketingowym (również Tygodnik Powszechny - B. Nogalski, A. Spitter, "Żeby podobne było niepodobne"). Są także wyższe szczeble wtajemniczenia w marketing wykorzystujący siłę sieci społecznych. Mam na myśli między innymi sieciowy design: chodzi o dotarcie do przyszłych pionierów-konsumentów, którzy chcą mieć wpływ na design produktu dokonywany w Internecie. Firma odnosi z tego podwójną korzyść: oszczędza na kosztach projektowania i pozyskuje pionierów, którzy będą multiplikatorami konsumpcji danego produktu.

W dawnym, tradycjonalnym społeczeństwie kultura jako wspólne oprogramowanie grupy dokonywała za nas wyborów; dziś ludzie w coraz większym stopniu zmuszeni są do wybierania sobie kultury i dokładania do niej wartości dodanej. Ta wolność wyboru często nam doskwiera, ale owocuje płodną myślą. Im większy pluralizm kulturowy, tym większa pula dóbr symbolicznych w obiegu społecznym. Te dobra mają tę niepowtarzalną cechę, że nie ulegają zniszczeniu w procesie przetwarzania - wymieniając je z innymi nie tracimy ich, a nadto zyskujemy nowe. Traci zatem na aktualności znane powiedzenie Antoniego Słonimskiego, że nie lubi wymiany idei, bo często na niej traci. Źródeł dobroczynnych skutków tej zmiany kulturowej docieka socjologia, antropologia, a także psychologia różnic indywidualnych. Bo bez takich różnic nie ma pozytywnej różnicy w ogóle, czyli pożądanej zmiany.


TOP 200