"Drugie życie" nowej gospodarki

Gospodarka sieciowa rodzi się nie dlatego, że po prostu mamy umożliwiającą to technologię, ale dlatego, że sieci są najbardziej funkcjonalną formą dla współczesnego kapitalizmu.

Gospodarka sieciowa rodzi się nie dlatego, że po prostu mamy umożliwiającą to technologię, ale dlatego, że sieci są najbardziej funkcjonalną formą dla współczesnego kapitalizmu.

Pierwsza wersja ekonomii sieciowej wydawała się klarowna i logiczna: kapitalizm to władza korporacji plus informatyzacja. Po krachu dotcomów zapanowało przekonanie, że czas czysto internetowych samodzielnych spółek należy do przeszłości. Okazały się zbyt wrażliwe na niestabilny biznes w sieci. Szacuje się, że tylko 10% zysku przeznaczano dla firm internetowych, reszta kierowała się do tradycyjnego handlu, gdzie klient nabywa towar. Ale ten pierwszy biznesowy boom w Internecie odegrał pozytywną rolę: był pewnego rodzaju ruchem młodzieżowym, największym od lat 60. Tym się różnił od poprzedniego, że był nastawiony na tworzenie, a nie podważanie systemu. Jego wpływ kulturowy jest olbrzymi - prokapitalistyczny, zmieniający kapitalizm w postkapitalizm. Sen się już skończył, przyszło otrzeźwienie, ale to nie jest stracone pokolenie, ono odmieniło kapitalizm.

W pozyskiwaniu nowej informacji i wiedzy obowiązują zasady "ekonomii żerowania". W świecie zwierząt łapie się to, co najłatwiej złapać, a nie to, co najbardziej wartościowe: chodzi o to, aby mieć pewność, że wydatek energetyczny zostanie zrekompensowany zdobyciem pożywienia. Podobnie jest z ludźmi - informavores i scientiavores - "informacjo- i wiedzożercami". Chodzi o najprostszy sposób dotarcia do informacji i wiedzy. Ludzie przyzwyczajają się bowiem do łatwych ścieżek, co wykorzystuje reklama, przyzwyczajając konsumentów do marki. Ekonomia wysiłku wykorzystywana jest także przy budowaniu stron WWW. Liczą się nawyki i algorytmy. Ludzie wydeptywali zawsze własne krótkie ścieżki - swoiste cookies, zanim wpadli na to programiści.

W gospodarce sieciowej nie ma deficytu informacji, jak to miało miejsce w poprzednich epokach, wręcz przeciwnie - jest jej nadmiar, jest ona wysoce redundantna. Nie są jednak dobrze określone kanały informacyjne, jak w poprzednim typie gospodarowania; raczej są one turbulentne. Koszty pozyskiwania informacji nie są już problemem, natomiast wyższe są koszty jej tworzenia i wzbogacania. Coraz mniej płacimy za dostęp, natomiast więcej za użyteczną zawartość. Nagrodą jest to, że zawartość jest stale aktualizowana, co nie miało miejsca wcześniej. Wyszukiwarki organizują informacje według zawartości, a nie medium, przez które przechodzą.

Wcześniej było mniej narzędzi do automatycznego przekształcania informacji w wiedzę, dziś jest ich bez liku. Koszt produkcji i dystrybucji informacji/wiedzy w społeczeństwie przemysłowym był relatywnie wysoki, co sprawiało, że dominowali wielcy gracze. Obecnie koszty, zwłaszcza dystrybucji, są niskie, co promuje produkcję i dystrybucję w niszach. Nie eliminuje to możnych w sieci, ale wydłuża "długi ogon", jak go metaforycznie nazywa Chris Anderson.

Business as usual

Niektórzy zwracają uwagę na to, że Web 2.0 to przestrzeń, w której się nie sprzedaje i nie kupuje, ale z takim stanowiskiem trudno się zgodzić. Bo czymże jest e-Bay, jeśli nie forum kupna i sprzedaży, choć jest oczywiście także czymś więcej - siecią zaufania. Trudno się zatem dziwić, że biznes zjawiskiem Web 2.0 żywo się interesuje; jest to wielka szansa dla nowej generacji biznesu, którą ominęła "bańka nowej ekonomii" pod koniec lat 90. Coraz częściej mówi się o strategiach biznesowych Web 2.0.

Przykładem jest YouTube, serwis społecznościowy (codziennie 65 tys. nowych filmów, 100 mln użytkowników) kupiony przez Google za 1,7 mld USD. Innym przykładem może być serwis informacyjny Digg czy Dodgeball - strona prowadzona przez użytkowników komórek - to bogate złoża wiedzy i pomysłów o ludziach, technologiach, potrzebach, które są cenne dla biznesu. Nic dziwnego, że takie strony są chętnie wykupywane przez możnych, w tym przypadku przez Google. Wtedy kończy się Web 2.0 i zaczyna normalny, korporacyjny biznes sieciowy as usual.

To są komercyjne reguły gry wypracowane w realu i przenoszone do wirtualu. Ale jest także mnóstwo przykładów kolonizowania wolnych zasobów Web 2.0 przez biznes, którego to nic nie kosztuje, a z czego czerpie olbrzymie korzyści. To już coś więcej niż kupowanie czyjejś pracy, to eksploatowanie zasobów kreowanych przez życie indywidualne i zbiorowe. Web 2.0 to nie tylko technologia komunikacji i kooperacji, to są mniej lub bardziej wartościowe zasoby informacji, wiedzy i kultury lokowanej w sieci bez użytkowników. Nowa ekonomia nie polega więc na tym, że uchyla prawa ekonomii w ogóle, bo nawet jeśli uchyla, to nie wszystkie, z pewnością nie reguły wymiany towarowo pieniężnej, nawet jeśli inny jest towar i inny pieniądz. Web 2.0 poza wszystkim, czym rzeczywiście jest - a jest z pewnością zjawiskiem oddolnej twórczości - jest także postrzegany jako trend ekonomiczny, o wielkim znaczeniu marketingowym, bo marketing żyje z tego, co jest trendy, co przyciąga uwagę, nadaje działaniu wysoki status społeczny.

Przesłanie jest wyraźne: Masz pomysł: zakładaj własny serwis, Google cię kupi. On faworyzuje niekonwencjonalne pomysły rodzące się poza głównym nurtem. Obowiązuje tu następujący algorytm biznesowy: kupowanie engagement (im więcej użytkowników zaangażowanych w serwisie, tym jest on cenniejszy), industrializing - przekształcanie przedsięwzięcia w przemysł, monetarizing - zamienianie na brzęczącą monetę.

Produkty Web native

Jeśli jest jakiekolwiek uzasadnienie, by mówić o nowej ekonomii, to jej najbardziej brzemienną w społeczne, kulturowe i, generalnie, cywilizacyjne skutki jest zagospodarowywanie dóbr wirtualnych. Jedynym dobrem cyfrowym, które od początku ery informatycznej było przedmiotem handlu, były programy komputerowe. Później zaczęto handlować tworzonymi przez użytkowników produktami w grach komputerowych. Bezprecedensową skalę osiągnęła jednak ta gospodarka w społecznościach oferujących alternatywne życie cyfrowe, coś znacznie więcej niż tylko . Drogę przetarły "Simsy", dziś palmę pierwszeństwa dzierży "Second Life" - fenomen, z którym musi się zmierzyć socjologia i antropologia, a także teoria ekonomiczna.