Drugi oddech

Stany Zjednoczone - to największy na świecie rynek pracy dla informatyków. Kraj ten jest także olbrzymim integratorem narodów - ze wszystkich stron od zawsze przybywały tu rzesze emigrantów pragnących zrobić karierę w Nowym Świecie. Ze wszystkich specjalności informatycznych najlepszym do wyeksportowania za ocean wydawał się od lat zawód programisty. Ludzie uprawiający tę profesję posługują się językami w pełni zasługującymi na miano "międzynarodowych" - asymilacja w nowym środowisku jest zatem dla nich specjalnie ułatwiona. Programiści zarabiają w Stanach Zjednoczonych zwykle powyżej przeciętnej - mają wobec tego sporo do stracenia; dla nich pojawienie się wykształconych rywali z Europy Wschodniej, krajów byłego ZSRR i Azji oznaczało duże i całkowicie realne zagrożenie. Takie właśnie szare strony amerykańskiego informatycznego rynku pracy dostrzegł swego czasu analityk i konsultant Edward Yourdon, który opisał swoje przemyślenia w kasandrycznej książce "Zmierzch i upadek ame

Stany Zjednoczone - to największy na świecie rynek pracy dla informatyków. Kraj ten jest także olbrzymim integratorem narodów - ze wszystkich stron od zawsze przybywały tu rzesze emigrantów pragnących zrobić karierę w Nowym Świecie. Ze wszystkich specjalności informatycznych najlepszym do wyeksportowania za ocean wydawał się od lat zawód programisty. Ludzie uprawiający tę profesję posługują się językami w pełni zasługującymi na miano "międzynarodowych" - asymilacja w nowym środowisku jest zatem dla nich specjalnie ułatwiona.

Programiści zarabiają w Stanach Zjednoczonych zwykle powyżej przeciętnej - mają wobec tego sporo do stracenia; dla nich pojawienie się wykształconych rywali z Europy Wschodniej, krajów byłego ZSRR i Azji oznaczało duże i całkowicie realne zagrożenie.

Takie właśnie szare strony amerykańskiego informatycznego rynku pracy dostrzegł swego czasu analityk i konsultant Edward Yourdon, który opisał swoje przemyślenia w kasandrycznej książce "Zmierzch i upadek amerykańskiego programisty". Pracę wydano w 1991 r., a był to moment nagłego zwrotu i pogorszenia się sytuacji w branży - upadek bloku komunistycznego spowodował, że młodzi, zdolni ludzie ze wschodu uzyskali niedostępną dawniej swobodę podróżowania.

Od tamtego czasu upłynęło jednak kilka lat i oto na półkach księgarskich pojawiła się następna książka tego samego autora - znacznie bardziej optymistyczna. W marcu br. wydawnictwo Prentice Hall opublikowało pracę "Świt i zmartwychwstanie amerykańskiego programisty". Aby dowiedzieć się, co zmieniło punkt widzenia Edwarda Yourdona, amerykański Computerworld przeprowadził z nim wywiad w tydzień po ukazaniu się nowej książki. Wydaje nam się, iż uwagi autora na temat współczesnej kondycji zawodu programisty mogą być bardzo cenne, również dla szukających dróg do sukcesu informatyków parających się tą specjalnością w naszym kraju.

Zanim porozmawiamy o pańskiej nowej książce, cofnijmy się do "Zmierzchu i upadku". Twierdził Pan wtedy, że projektanci oprogramowania są zagrożeni - i to nawet ci, którzy używają najnowszych technik, takich jak Visual Basic.

E.Y.: Na świecie pojawiło się wiele miejsc, w których są wykształceni, mówiący po angielsku, młodzi programiści pragnący uszczknąć chociaż mały kawałek amerykańskiego tortu. Ludzie ci wykonują te same prace, co my - tak samo dobrze umieją projektować oprogramowanie. Jednak czynią to oni za jedną trzecią, albo piątą, a nawet jedną dziesiątą naszej ceny.

Przykładem takich informatyków są Hindusi, czy ogólniej ludzie z Azji, którzy przyjeżdżają do Stanów, tu chodzą do szkół, zdobywają doskonałe wykształcenie i po - dajmy na to - pięciu latach wracają do siebie. Tam - zarabiając 3 tys. USD rocznie - z łatwością zabierają pracę amerykańskiemu programiście, któremu za to samo trzeba by zapłacić 60 tys. USD.

Czy jest coś, co od czasu wydania "Zmierzchu i upadku" zmieniło się na gorsze?

E.Y.: Wielu zamorskich konkurentów okrzepło, stali się oni lepiej zorganizowani, a przy tym bardziej agresywni. Pięć lat temu Indie promowały na świecie swój wizerunek kraju taniej siły roboczej, nawet jeśli nie była ona najwyższej próby. Obecnie reklamują się już w kategoriach jakości, efektywności i posiadanych talentów.

Dobrym przykładem wykorzystania tej sytuacji jest firma Motorola, która działa w Indiach w zupełnie nowy sposób. Nie musi się borykać z problemami, jakie trapią amerykańskich menedżerów - koniecznością nauczania nowych technologii, nakłaniania ludzi do zmiany przestarzałych metod projektowania i wprowadzania drastycznych zmian w kulturze pracy. Motorola w Indiach była w tej komfortowej sytuacji, że mogła sobie pozwolić na stworzenie zupełnie nowej kultury.

Firma wynajęła biurowiec, zatrudniła 200 ludzi z hinduskich instytutów naukowych, stanowiących najlepsze 5% ogólnej liczby, pokazała im swoje technologie, metody i wreszcie zakomunikowała wszystkim: "Jeśli chcecie tu pracować, musicie przyjąć nasze zasady gry". Po trzech latach ten oddział firmy znalazł się w ścisłej czołówce najlepiej prosperujących przedsiębiorstw w Indiach, osiągając najwyższy wskaźnik w skali stosowanej przez SEI (Software Engineering Institute).

Zagraniczna konkurencja trapi praktycznie każdą gałąź przemysłu Stanów Zjednoczonych. Co sprawia, że sytuacja w branży softwarowej wydaje się być szczególnie trudna?

E.Y.: Nie potrzeba dużego kapitału, aby wystartować. Wystarczy mieć PC, bystrego pracownika i dostęp do elektryczności. Każdy może kupić maszynę z Pentium za 2 tys. USD i rozpocząć działalność. Sytuacja jest więc zupełnie inna niż - powiedzmy - w produkcji samochodów czy sprzętu komputerowego.

Dobrą nowiną wydaje się być kariera Internetu, jaką obserwujemy w ostatnim czasie. Uważa Pan, że to może doprowadzić do "wskrzeszenia" amerykańskiego programisty. Dlaczego?

E.Y.: Kariera Internetu opiera się na rozwoju infrastruktury telekomunikacyjnej. W Stanach dociera ona praktycznie wszędzie. Każdy dzieciak ma dostęp do sieci. Nie widać tego w takiej skali w innych krajach, gdzie Internet ograniczony jest do uczelni i dużych przedsiębiorstw. Nie często ludzie mają to w swoich domach.

Co to oznacza dla przeciętnego programisty?

E.Y.: Wciąż jest wielu specjalistów od Cobolu, którzy uważają się za gatunek zagrożony wymarciem. Pięć lat temu tłumaczyłem im, że powinni stać się dużo bardziej efektywni w swojej pracy. W odpowiedzi usłyszałem, że nie czują się oni specjalnie zagrożeni przez programistów "Cobolistów" z Indii - co najwyżej przez młodszych nieco projektantów pracujących narzędziami typu Visual Basic.

Okazało się jednak, że prawdziwa konkurencja pojawiła się tam, gdzie mało kto się jej spodziewał - pojawiła się generacja rodzimych programistów dwa razy młodszych i dwa razy mniej zarabiających, którzy do swojej działalności zaczęli używać nowoczesnych narzędzi typu klient/serwer.

Dziś wielu cobolowych dinozaurów próbuje przekwalifikować się na Visual Basic lub Delphi, ja jednak zdecydowanie doradzam zainteresowanie się jakąś specjalnością związaną z Internetem.

Na przykład?

E.Y.: Można zostać ekspertem od programów Netscape'a albo specjalistą w dziedzinie bezpieczeństwa sieci. Najłatwiejsza droga, to być projektantem stron WWW, jednak trzeba wziąć pod uwagę, że tego może nauczyć się każdy dzieciak po studiach - rozległa wiedza programistyczna nie będzie w tej branży należycie wykorzystana.

Dużo lepiej jest opanować coś bardziej egzotycznego, jak np. Java! Tu właśnie wymagane są kwalifikacje, jakie mają "starzy" i doświadczeni programiści. Nie każdy młodzik potrafi napisać w Javie, zaś nauczenie się tego narzędzia daje niesłychane możliwości w karierze.

Bill Gates powiedział, że będzie można pisać aplikacje internetowe w Visual Basic Script.

E.Y.: Na razie jest za wcześnie, by o tym mówić. W tej chwili 99% uwagi media poświęcają Javie, ale konkurenci pojawią się na pewno, gdyż taki jest teraz trend. Każdy nowy produkt będzie miał swoje rozszerzenia do współpracy z Internetem. Dlatego właśnie w tę stronę należy koniecznie kierować swoje zdolności.

Bardzo wiele można zrobić całkowicie na własny rachunek. Wracasz do domu, włączasz swój PC, logujesz się i pracujesz. Zostajesz wkrótce mistrzem Javy i jeśli zaobserwujesz, że twoje przedsiębiorstwo popada w stagnację i nie pali się do adaptacji nowych technologii, będziesz miał już przygotowany grunt, by przeskoczyć do innej firmy.

Tak więc - o ile dobrze Pana rozumiem - należy "załapać się" jako ekspert ds. Internetu niezależnie od tego, czy nasz pracodawca zechce zaistnieć w sieci.

E.Y.: Jest to fragment szerszej porady na temat robienia kariery. Od czasu napisania poprzedniej książki miałem mnóstwo sygnałów od swoich czytelników. Przytoczyli oni wiele przypadków konfliktów informatyków z pracodawcami, którzy zwalniali ich twierdząc, iż są niepotrzebni, a ich umiejętności przestarzałe. Pracownicy zaś czuli się zdradzeni przez swoich szefów, którzy - jak twierdzili - nie potrafili w pełni wykorzystać ich umiejętności. Z punktu widzenia informatyka jest DOPRAWDY NĘDZNIE znaleźć się w takiej sytuacji.

Moje przesłanie jest takie: sami jesteśmy odpowiedzialni za swoją karierę i rozwój zawodowy. Musimy stale się rozwijać. Jeśli zakład pracy dostrzega tę naszą potrzebę i próbuje współpracować - wtedy jest wspaniale. Jeśli jednak nie ma ochoty - musimy i tak zrobić to sami. Największa rzecz, jaką widać na horyzoncie, to Internet. Idź w tym kierunku, nawet wtedy gdy twoja firma zostanie w tyle.


TOP 200