Doktryna moralnej wyższości, czyli: uczciwemu biada!

Mój znajomy chce być uczciwy. Taki ma kaprys. Jego uczciwość przejawia się także w sposobie korzystania z nowo zakupionego komputera. Zabawa polega na tym, by na wszystkie programy mieć licencję i to od krajowego (popierajmy polskie firmy!) dealera. Ponieważ znajomy jest osobą towarzy-: ską, a niezbyt obytą z komputerem, wciągnął do zabawy i mnie.

Mój znajomy chce być uczciwy. Taki ma kaprys. Jego uczciwość przejawia się także w sposobie korzystania z nowo zakupionego komputera. Zabawa polega na tym, by na wszystkie programy mieć licencję i to od krajowego (popierajmy polskie firmy!) dealera. Ponieważ znajomy jest osobą towarzy-: ską, a niezbyt obytą z komputerem, wciągnął do zabawy i mnie.

Wertując pilnie komputerową prasę, w której raz po raz pojawiają się informacje o nowych przedstawicielach znanych firm zajmujących się oprogramowaniem lub wręcz ich ogłoszenia, zazdrościłem już znajomemu tych pięknych folderów, pełnej informacji o całej gamie oferowanego oprogramowania i całodobowej możliwości korzystania z firmowych porad. Chętnie też włączyłem się w to zbożne dzieło, co doprowadziło do rozwiania pięknych złudzeń i zaowocowało garścią spostrzeżeń, którymi chciałbym się tutaj podzielić.

Miłe złego początki!

Pierwszy program, pakiet anty-wirusowy, nie sprawił nam kłopotów dzięki Miłej Pani z firmy Ape-xim, która wykazała dosyć cierpliwości, by odpowiedzieć na nasze pytania, umówić się na określony dzień i godzinę, a nawet nie zapomnieć o tym i mieć rzeczywiście przygotowany program i licencję. Na dodatek podała nam numer telefonu, pod którym licencjonowani użytkownicy zasięgać mogą porad. Powiało kapitalizmem!

Kłopoty z Kamratem

Zachęceni początkiem, próbowaliśmy dalej. I wtedy zaczęły się schody... O problemach z dodzwonieniem się gdziekolwiek nie będę pisał - „Koń jaki jest, każdy widzi". Nie będę też opisywał walk toczonych o wszystkie programy, by nie zniechęcać innych zwolenników uczciwego życia. Poprzestanę na opisie zmagań o pewien ułatwiający życie pakiet. Powiedzmy, że nazywa się on „Kamrat".

Jako autoryzowany przedstawiciel Wielkiej Firmy Zza Oceanu re-klamowały się w napotkanych ogłoszeniach dwie firmy: A i B (nazwy ich zastępuję inicjałami, być może Dowiem tylko ja miałem do nich pecha, poza tym chodzi mi o pewien ogólny obraz sytuacji).

Firma A

Telefoniczna rozmowa z firmą A (miesiąc po wydrukowaniu ogłoszenia) okazała się bardzo miłą, lecz jałową poznawczo czynnością. Dowiedzieliśmy się, że oferowany jest „Kamrat plus", ale nie uzyskaliśmy już informacji, czym różni się on od starego „Kamrata". Przekraczało to możliwości firmy. Również takie szczegóły, jak cena, termin odbioru i ewentualna możliwość nabycia starszej wersji pozostać miały ściśle tajne do momentu nadejścia przesyłki z pakietami. Czeski film! Po sympatycznej (naprawdę) rozmowie byliśmy równie mądrzy,jak przed nią. Pozostało oczekiwać listu z obiecanymi wiadomościami. Faktem jest jednak, że już szacunkowe określenie ceny sprawiło, że znajomy z lekka posiwiał, a ja zacząłem błogosławić pana Balcerowicza, który co prawda odebrał mi nadzieję na własny komputer, ale tym samym wybawił z podobnych kłopotów. No cóż, za komfort psychiczny trzeba płacić.

Firma B

Większe nadzieje wiązaliśmy z firmą B, która według doniesień prasowych „jako jedyna w kraju miała bezpośredni kontakt" z Wielką Firmą. Cokolwiek miałoby to znaczyć, brzmiało nieźle i liczyliśmy na dokładną informację. Już drugi telefon do firmy B przyniósł spory sukces - zastałem Pana, który orientował się w sprawach oprogramowania Wielkiej Firmy Zza Oceanu. Nareszcie dowiedziałem się, na czym polega różnica pomiędzy wersją poprzednią a wersją „plus": polega na tym, że firma B nie rozprowadza wersji wcześniejszej. Trochę mnie zatkało tak klarowne wyłożenie sprawy i - wiedziony zamiłowaniem do komplikacji - począłem indagować o ewentualne inne różnice. Mój rozmówca wyraźnie stracił ochotę do konwersacji, wspomniał coś o „dodatkowych wodotryskach" zainstalowanych w wersji „plus", po czym odmówił uściślania odpowiedzi do czasu nadejścia przesyłki zza oceanu. Był zresztą wyraźnie zaskoczony, iż mimo braku starszej wersji w jego firmie pytam jak maniak o jakieś nieistotne różnice.

Zrezygnowałem z rozmowy na tak nieprzyzwoite tematy, jak np. upgrade, wspomniałem jednak o firmie C, która chociaż przez wrodzoną skromność nie pisze w swych ogłoszeniach nic o licencji Wielkiej Firmy zza Oceanu, jednak oferuje starsze wersje pakietu

i to za cenę 15 razy niższą. Wspomniałem i natychmiast pożałowałem, ponieważ Pan z firmy B zareagował na samą nazwę firmy C jak

radny na wspomnienie ZMP-ows-kiej młodości: Jeżeli dopuszcza Pan w ogóle możliwość zakupu KRADZIONEGO OPROGRAMOWANIA, nie mamy o czym ze sobą rozmawiać!

Parę wątpliwości

Niby racja, ale czy jeśli ktoś myśli o wydaniu sumy większej niż średnia krajowa płaca, to nie należałoby mu pomóc w decyzji, oferując kompetentną informację, kusząc mirażem korzyści, które płyną z zakupu oprogramowania licencjonowanego, kokietując np. polskim podręcznikem, jeśli już nie spolszczoną wersją programu? Czy jedyną korzyścią płynącą z zakupu licencjonowanej kopii np. w USA jest poczucie moralnej wyższości? Chyba nie, skoro w każdym kierowanym na amerykański rynek programie Wielkiej Firmy, znajduje się ulotka o korzyściach płynących z zakupu u licencjonowanego dealera, skoro system programowych zabezpieczeń przed kopiowaniem wyparty zo-

stał przez skuteczniejsze w praktyce zachęcenie kupującego kolorowym podręcznikiem, niską ceną, telefonicznymi poradami itp.

Czekamy teraz ze znajomym na obiecane foldery, które mają nadejść pocztą, czas leniwie płynie, a komputer nie jest wykorzystany tak, jak powinien. Znajomy jest konsekwentny i - zgodnie z założeniami - kupi pewnie „Kamrata plus" w firmie A lub firmie B. Jest jednak rozgoryczony i czuje się trochę oszukany. Płaci bowiem (przy nieporównywalnie niższych dochodach) tyle, ile klient zachodnich dealerów, nie ma jednak pełnej informacji o programie, nie wie, kiedy go otrzyma, nie może liczyć na poradę przy kłopotach eksploatacyjnych. Ma tylko blade, bledziutkie uczucie satysfakcji z bycia uczciwym pomimo...

Czy nie właśnie o to chodziło od początku?


TOP 200