Demokracja twitterowa

Serwisy społecznościowe to coraz bardziej doceniane narzędzie komunikowania się. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z reguł, które rządzą obiegiem informacji w tym "systemie".

Czołowe serwisy społecznościowe to pomysły biznesowe, o których można powiedzieć, że na początku musiały się recenzentom wydawać błahe, że powstały z niczego. Byłaby to prawda, gdyby nie fakt, że ich twórcy to osoby nieźle wykształcone w naukach ścisłych. Nauczone podstaw biznesu w amerykańskim systemie premiującym innowacyjność i kreatywność. Oferujące ogromny rynek, gdzie działa ekonomia skali. To zaś często bywa problemem w rozproszonej rynkowo i językowo Europie. W tle - za kilkunastoosobową elitą takich indywidualności, jak Mark Zuckerberg i Jack Dorsay - są pewnie tabuny osób zaledwie aspirujących do jakichkolwiek sukcesów. Wcelowanie twórców Facebooka i Twittera w społeczną potrzebę komunikowania się na nowe sposoby wydaje się jednak inspirujące.

Osoby, które nie mają konta w serwisie Twitter, lub korzystające z niego niezbyt intensywnie, nie mają powodu rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Postrzegają go zapewnie, podobnie jak inne serwisy społecznościowe, co najwyżej jak sezonową modę, w tym przypadku odmianę SMS-ów, tyle że wysyłanych grupowo do osób, które zechciały poobserwować, co mamy do powiedzenia. Niby trudno mieć zdanie na temat czegoś, czego się dokładniej nie poznało. Wiele osób zbywa jednak te wciąż nowe zjawiska prostym: "Nie mam na to czasu, nie interesuje mnie to, nie widzę w tym dla siebie żadnej wartości". Podobnie jest z wieloma innymi zjawiskami "wieku cyfrowego". Spora część społeczeństwa jeszcze sytuuje się w kategorii cyfrowo wykluczonych od obiektywnie użytecznych dobrodziejstw gospodarki elektronicznej, a tu już objawiają się relatywnie młode pokolenia internautów, które zdążyły nabyć konserwatywnych przyzwyczajeń i ociągają się przed próbowaniem nowych sposobów komunikacji w sieci.

Posłuchajcie mnie wszyscy

Twitter, który ma już ponad 200 mln kont, dostał impulsu wraz z rozwojem Internetu mobilnego. Wpisywanie 140-znakowych komentarzy, myśli, odnośników dla niektórych staje się sposobem życia. Jeden z zaawansowanych użytkowników powiedział, że już myśli 140-znakowymi zdaniami. Niektórzy wpadają w manię i piszą całymi dniami. Twitter zaczął nawet wprowadzać ograniczenia - osoby przekraczające 1000 wpisów dziennie otrzymują karę twitterowego więzienia. To coś innego niż pamiętnik pisany dla wewnętrznej potrzeby. To coś innego niż blog, który pozwala się do woli wygadać.

Siłą napędową lakonicznych wpisów na Twitterze jest liczba osób, które je obserwują. To konkurs popularności. Jeżeli piszesz bez sensu, nie stosujesz się do reguł społecznych, nie będziesz obserwowany przez tych, którzy twoich wpisów nie akceptują. Pewnie w tym miejscu zaczyna się osobliwość tego zjawiska. Jako technicznie nowe medium komunikacji staje się narzędziem demokracji, ludzie są ciekawi myśli tych, co mają coś do powiedzenia, a mechanizmy statystyczne powodują, że wobec wpisów ciekawych działa efekt kumulacji, są przekazywane dalej i powodują, że do autora podłączają się kolejni zaciekawieni. Myśli, opinie mogą się weryfikować i promować. Można być w zwykłym życiu osobą nieznaną, a zrobić karierę w Twitterze, zyskując dziesiątki tysięcy obserwatorów. To też niewątpliwie użyteczne narzędzie dla ekstrawertyków i osób o chociaż trochę uzasadnionych skłonnościach narcystycznych.

Twitter stał się też kolejnym miejscem autoprezentacji wszelkiej maści celebrytów. Britney Spears, Shaquille O’Neal, Oprah Winfrey, Demi Moore, Lady Gaga mają miliony fanów. Wielbiciele mogą się dowiedzieć w czasie prawie rzeczywistym, co robią lub myślą, nie narażając się na bzdurne konfabulacje kolorowych czasopism. Wpisana przez celebrytę pod wrażeniem chwili opinia o wysłuchanej piosenkarce może jej z dnia na dzień załatwić karierę, jak to się stało z Susan Boyle dzięki wpisowi Ashtona Kutchera. Zdarzało się, że zabiegający o zawodową popularność artyści, nie mogący się przebić przez menedżerskie układy do pierwszej ligi Hollywood, sami poprawili swą pozycję jakością wpisów, jak aktorka Felicia Day, której jeden wpis przeczytało 1,6 mln czytelników!

Takie przykłady ziszczenia amerykańskiego marzenia to po części bajka, ale swoista demokracja wpisów w serwisach społecznościowych sprawia, że łatwiej się pewnie wyrazić, a marketingowe manipulacje klasycznych mediów i reklamodawców, są w jakiejś części na równych prawach co indywidualni "twitterzy".

Twitterowa polityka

To jasne, że wartość nowych mediów dla demokracji dostrzegają również politycy. To nie przypadek, że właśnie Twitter i Facebook są uważane za jeden z katalizatorów przemian politycznych na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce. Jeżeli politycy w państwach demokratycznych chcą z powodzeniem wykorzystać serwisy społecznościowe, muszą ważyć słowa, jeżeli nie rozumieją dokładnie, jak one działają. Ponad 9 mln osób obserwuje wpisy Baracka Obamy, jednego z pionierów wykorzystania serwisów społecznościowych w polityce. Nawet jemu zdarzają się drobne wpadki, chociaż pracują dla niego w tej sprawie z pewnością specjaliści od wizerunku.

Młody amerykański kongresmen Anthony Weiner, mając się za wytrawnego użytkownika Twittera, soczystymi komentarzami zdobył 15 tys. obserwatorów, ale może się na własnej skórze przekonać, że nie wystarczy opanować technicznie to użyteczne narzędzie komunikacji z potencjalnymi wyborcami, aby ustrzec się błędów. Jego nazbyt kolokwialne wpisy, nieprzemyślane rewelacje i niepohamowana skłonność wykorzystania różnych pomocniczych narzędzi Twittera do zaczepiania różnych użytkowników w końcu spowodowała, że raczej wbrew intencjom stał się obiektem wielu złośliwych komentarzy, a wysłanie do kogoś treści z wulgarnymi komentarzami przyjęło się nazywać "głosowaniem Anthony Weinera".

Młodsze pokolenie lubi teraz zarzucać nieco starszemu, że chociaż może już czasem jakoś sobie z Internetem radzi, ale go w ogóle nie rozumie. Prowadzi to do paradoksalnych sytuacji, kiedy aktywista mediów społecznościowych zarzuca klasycznym mediom niezrozumienie nowych mediów elektronicznych - jak widać, zrozumienie to proces bilateralny. Błąd Anthony Weinera w życiu publicznym polegał na wysłaniu pewnej kobiecie zdjęcia nagiego torsu. Jego błąd w Twitterze polegał zaś chyba na traktowaniu jak bliskiego kumpla każdego, kto kliknął, że chce obserwować jego komentarze.


TOP 200