Daremność kontrolowania

Wśród modnych ostatnio unowocześnień zarządzania znajduje się postulat zaniechania kontroli pracowników na rzecz obdarzenia ich większą samodzielnością.

Wśród modnych ostatnio unowocześnień zarządzania znajduje się postulat zaniechania kontroli pracowników na rzecz obdarzenia ich większą samodzielnością.

Wygląda na to, że jest to nie tylko roztropny postulat - wszak człowiek samodzielny sięga do niezmierzonych zasobów własnej, wewnętrznej motywacji - ale także bardzo szlachetny. Wyraża bowiem wiarę w człowieka: jego kwalifikacje i dobrą wolę. Szkoda jednak, że menedżerowie wystąpili z nim dopiero wtedy, gdy powszechnie przekonali się, iż - co prawda - można podwładnego zmusić do tego, aby wykonał polecenia, ale żadną miarą nie da się go zmusić, aby dał z siebie coś więcej niż mu nakazano. Toteż ubezwłasnowolniony pracownik będzie co najwyżej nędznym cieniem swojego szefa. To zdecydowanie za mało w czasach, gdy szefowie mają takie pomysły, takie idee, że nie da ich się tak dokładnie rozpisać na czynności, wyznaczyć miary, wydać rozkaz wdrażania i potem już tylko kontrolować wykonanie. Podwładni muszą oblec ideę szefa w konkret. I to jest mądra kolejność i podział zadań, ale realizacja zależy tylko od dobrej woli pracowników, czy będą chcieli odwołać się do swoich twórczych potencjałów. Potencjały te nie dają się bowiem skontrolować, nie podlegają wymuszaniu, są domeną ludzkiej wolności. I w ten sposób szefowie stali się petentami swoich pracowników. To się nazywa sprawiedliwość społeczna.

Niepokoi mnie jednak jeszcze coś innego. Czy w ferworze tych nowych idei nie gubimy przypadkiem dobrego sensu kontroli pracy danego człowieka, jego wywiązywania się z zadań. Stereotypowo kontroli nadano taki pejoratywny sens jak w szkole podczas klasówki czy w autobusie podczas sprawdzania biletów. Jednym i drugim zależy na tym, żeby przyłapać ucznia na niewiedzy, a pasażera na braku biletu. Ich triumf jest wprost proporcjonalny do liczby wykrytych nieprawości czy usterek. Tymczasem dobro polega nie na wykryciu i ukaraniu złego uczynku czy postępowania (ucznia, pasażera), lecz na niedopuszczeniu do jego powstania lub choćby powtórzenia się. Nauczyciel stawiający dwóję powinien czynić to ze wstydem, jest bowiem uczestnikiem czegoś niestosownego, a sprawca tego poniżenia nauczyciela powinien bardziej ubolewać z tego powodu niż z powodu złego stopnia. Do tego ideału jeszcze jednak daleko, choćby dlatego że mało komu doskwiera ta rywalizacja między sprytem kontrolującego i kontrolowanego.

Kontrola powinna tak przebiegać, aby dać szansę podwładnemu (a także uczniowi) na wywiązanie się z zobowiązań. Jeśli w lutym powierzymy pewne zadanie pracownikowi z terminem wykonania na koniec kwietnia, to zainteresujmy się tym, jak przebiegają prace w połowie marca, kiedy jest jeszcze czas na naprawienie błędów, a nie w ostatnim tygodniu kwietnia, kiedy już nic nie da się zrobić. Wbrew pozorom jest wyraźna granica między nieżyczliwym przyłapywaniem ludzi na źle wykonanej robocie a życzliwym, uważnym śledzeniu ich zawodowych poczynań. Fałszywy jest także dylemat: kontrola czy zaufanie. Kontrola nie musi oznaczać ubezwłasnowolnienia człowieka, a zaufanie zbyt często oznacza pozostawienie człowieka samemu sobie w trudnej sytuacji. To wszystko trzeba rozsądzić bez oglądania się na koncepcje zarządzania czy stereotypy zakorzenione w społeczeństwie. Trzeba więc sięgnąć do swojej dobrej woli. I wyrachowania. Bez swoich ludzi każdy menedżer jest robotnikiem bez kwalifikacji.


TOP 200