Czyj będzie Internet

Nie wiemy, co dalej będzie się działo z Internetem: czy jego rozwój zmierza w kierunku rynku, publicznej agory czy może raczej cyberdyktatury?

Nie wiemy, co dalej będzie się działo z Internetem: czy jego rozwój zmierza w kierunku rynku, publicznej agory czy może raczej cyberdyktatury?

Marek Hetmański, swym artykułem (CW nr 15/2002), i Wojciech J. Burszta, powstałym w odpowiedzi polemicznym tekstem (CW nr 16/2002), wywołali na łamach Computerworld ciekawą i potrzebną dyskusję. Tym ciekawszą, że pytanie o przyszłość Internetu w relacji do społeczeństwa obywatelskiego, a także rynku i państwa jest dziś na porządku dnia. Doszliśmy do takiej fazy jego rozwoju, że takie pytania muszą padać.

Nie chcę się ustawiać w wygodnej pozycji rozjemcy sporu, bo nie taka jest moja rola. Pragnę jedynie wtrącić swoje trzy grosze z pozycji raczkującej socjologii Internetu.

Trochę zazdroszczę obu autorom, że wiedzą już, czym jest i będzie. Jeden widząc negatywną przyszłość, drugi - raczej pozytywną. Otóż, ja tego nie wiem, co nie ułatwia mi zadania. Nie wiem, czy będzie to agora globalnego społeczeństwa informacyjnego, czy globalnego państwa albo rynku. Najbezpieczniej byłoby powiedzieć, że wszystkiego będzie po trochu, ale to mało odkrywcze.

Zaczął się jako obywatelski

Na początku wydawało się, że Internet będzie obywatelski, stając się przestrzenią samoorganizacji i samoregulacji społecznej. Takie też były projekcje przyszłości. Ekstrapolacja wydawała się prosta - Internet był zaludniony przez elitę: naukowców, artystów, profesjonalistów i poszukującą młodzież, przede wszystkim studentów. Świat kreowany przez takich użytkowników nie mógł być odwzorowaniem tego rzeczywistego. Internet w latach 90., zwłaszcza po 1993 r., gdy pojawiła się światowa pajęczyna WWW, zaczął przechodzić przyspieszony proces demokratyzacji i popularyzacji. Nie mógł pozostać w rękach elit. Internet musiał się rozlać, a rzeka rozlana szeroko traci głębię. Tak rozlany stawał się z każdym dniem lustrem odbijającym rzeczywistą prawdę o świecie.

W tym sensie Internet jest najbardziej obywatelski, gdyż znosi barierę publikowania. Sfera publiczna w mediach była zawsze limitowana względami ekonomicznymi bądź politycznymi (koncesje dla nadawców, cenzura). Zawsze byli obecni ci, którzy dostęp limitowali, gatekeeperzy. W przypadku Internetu koszty ekonomiczne są nieznaczne, zaś - przynajmniej w demokracjach - obfitość kanałów nie wymaga koncesjonowania. Warunki wyjściowe dla sieciowego społeczeństwa obywatelskiego są więc bardzo sprzyjające. Jego rozkwit zależy jednak od różnych okoliczności. W przekonaniu pesymistów, do których zdaje się zaliczać Marek Hetmański, społeczeństwo jest negatywnie zdeterminowane przez komercjalizujące się media. Istnieje jednak silny nurt optymistyczny. Tutaj można znaleźć tak wybitnych badaczy, jak Geoges Gilder, Ray Kurzweil, Arun Netravali, Nicholas Negroponte, Michael L. Dertouzos, Marvin Minsky, Hans Moravec czy Eric. K. Drexler, którzy jednocześnie są mocno zaangażowani w rozwój technologii informacyjnych, niekiedy będąc szefami wielkich laboratoriów, wylęgarni innowacji technologicznych i oczywiście zależy im na sukcesie swych przedsięwzięć. To po części wyjaśnia powody owego optymizmu.

Nie odpowiada mi żadna z tych opcji. Byłbym skłonny przyjąć inną wizję, w myśl której narzędzie jest ślepe - nie widzi celów, którym służy. Z Internetem możemy więc zrobić, co się nam żywnie podoba: zaprząc go do budowania społeczeństwa obywatelskiego albo - wręcz przeciwnie - dać się mu zniewolić. To podejście ma taką wadę, że całkowicie zrywa z determinizmem technologicznym. Bardziej odpowiada mi "miękki determinizm": kształt Internetu tylko w części zależy od nas, w pewnym stopniu jesteśmy już przezeń zdeterminowani. Pytanie, w jakim stopniu?

E-plebs czy e-demos

O tym, czy Internet będzie forum obywatelskim, zadecyduje model uczestnictwa politycznego czy w ogóle uczestnictwa w kulturze. Na razie mamy pewną dwoistość: znaczna część ludzi (dziś większość) stanowi nadal społeczeństwo masowe, mniejszość zaś korzysta z interaktywności nowego medium, choć jest to mniejszość ważna, ponieważ są to młodzi użytkownicy - przyszła elita społeczna. Ci pierwsi - odbiorcy Big Brotherów, konsumujący spektakle, również polityczne - nie stanowią świadomego swych praw demos, który chce wziąć odpowiedzialność za sprawy publiczne, lecz raczej medialny plebs, czyli mięso armatnie popkultury. Młodzi - nazwijmy ich interaktorami - uciekają od kultury push (tłoczonej przez media masowe) ku kulturze pull, czyli takiej, której sami poszukują. Czy w nich nadzieja? Nie wiem, bo nie wiem, czego oni w sieci szukają: czy lepszej oferty, poważnych treści, wiedzy obywatelskiej czy może głównie pornografii? Oczywiście, jednego i drugiego, ale czego więcej? Skąd się wzięło kilka tysięcy hate groups?