Czy informatycy podzielą los tkaczy?

Z Paulem Krugmanem rozmawia E.B. Baatz

Z Paulem Krugmanem rozmawia E.B. Baatz

Pytanie: W wydanej w 1994 r. książce "Marnowanie okresu pomyślności" zajmujesz się możliwymi przyczynami - społecznymi, politycznymi i technologicznymi - zwolnienia tempa wzrostu wydajności w gospodarce. Produktywność w Stanach Zjednoczonych wzrosła w ostatnim roku tylko o 2,2%. Czy obecny moment załamania wyjaśnia dlaczego inwestycje w nowe technologie nie, przynoszą zysku w postaci większej produktywności, które to zjawisko jest często nazywane "paradoksem produktywności"?

Krugman: Tak. Najlepszym indywidualnym wyjaśnieniem wzrostu produktywności wydaje się być determinizm technologiczny, tzn. relacja, w której zmiana technologiczna determinuje wzrost produktywności. Używam tu słowa technologia w znaczeniu ekonomicznym, w którym wszystko, co umożliwia nam uzyskanie większego "wyjścia" (rezultatu) na jednostkę "wejścia" jest rozumiane jako ulepszenie technologiczne, niezależnie czy jest to sieć komputerowa, czy zmiana organizacji pracy. Historyjka, która obecnie wygląda sensownie jest mniej więcej taka: dawno temu mieliśmy zestaw wzajemnie powiązanych technologii o potężnym potencjale. Były to w zasadzie technologie wprowadzone w latach 20. naszego wieku, ale nie w pełni wykorzystywane aż do końca II wojny światowej. Mieliśmy wówczas okres wspaniałego wzrostu gospodarczego wynikającego nie z rewolucji technicznej, ale z szybko wprowadzanych modernizacji w ramach danego paradygmatu technologicznego: specjalizacji i masowej produkcji. Granice wzrostu zostały osiągnięte na początku lat 70. i wówczas innowatorzy od technologii zaoferowali nam jeszcze wspanialsze technologie. Aż do chwili obecnej jesteśmy pochłonięci znajdowaniem sposobów wykorzystania ich.

Pytanie: Jedna z Twoich teorii głosi, że zmiany technologiczne sprzyjają pogłębieniu nierówności zarobkowych. Po przeczytaniu Twojej książki mam wrażenie, iż ludzie biznesu i wielu ekonomistów ponoszą winę za "rozmyte myślenie" również w tej kwestii.

Krugman: Jedna z kwestii, które doczekały się poważnego potraktowania w naszej ekonomii to niesamowity wzrost nierówności dochodów. Wysokość zarobków ludzi z górnych 10% skali zarobków i wysokość zarobków z dolnych 10% tej skali jeszcze nigdy nie były tak odległe.

Pytanie: A Ty twierdzisz, że przyczyną nie jest współzawodnictwo nisko zarabiających?

Krugman: Taka hipoteza byłaby niezwykle przekonywująca, gdyż umożliwiałaby poskładanie wszystkich elementów w całość. Ale niestety nie jest prawdziwa. Niektórzy uważają, że jeśli produktywność rośnie w krajach o niskim poziomie zarobków, ich zarobki nie będą rosły i powstaną równocześnie wielkie nadwyżki handlowe. Z powodu niskich wynagrodzeń, kraje te przyciągną kapitał i dokonają deindustrializacji uprzemysłowionych narodów Zachodu. To jest mit choć bardzo przekonywujący. W tym sęk, że nie da się równocześnie tworzyć ogromnych nadwyżek handlowych i być wielkim importerem kapitału. Istnieje przecież podstawowe równanie księgowości: nadwyżka handlowa plus kapitał dają w sumie zero. Jedynym rozwiązaniem jest przyjęcie założenia, iż przy wzroście produktywności rosną też płace.

Pytanie: W rzeczywistości jednak kraje rozwijające się mają deficyt handlowy.

Krugman: Miały w ubiegłym roku. Duże inwestycje w krajach rozwijających się rzeczywiście odciągną nieco kapitały inwestycyjne z krajów uprzemysłowionych, ale będzie ich o wiele mniej niż się sądzi. Bardziej rozwinięte kraje traktowane jako całość będą miały prawdopodobnie nadwyżki handlowe i to jest druga strona medalu. Kraje rozwijające się zanotują wielki wzrost produktywności i wynagrodzeń, jak to zdarzyło się już w Japonii i w Korei Południowej. Łatwo jest głosić spójne i nawet przekonywujące tezy odnośnie światowej gospodarki, które są całkowicie nonsensowne.

Pytanie: Czy inni ekonomiści zgadzają się z Tobą, iż to nie handel jest przyczyną powiększającej się dysproporcji dochodów?

Krugman: Powstanie tej dysproporcji może być przypisane handlowi z nowo uprzemysłowionymi krajami, ale uzasadnia najwyżej 20% jej wzrostu - i tu ekonomiści są zgodni. Po prostu wielkość handlu nie pozwala uzasadnić obserwowanego ostatnio dramatycznego rozwarstwienia dochodów. Nierówność zarobków wzrosła tak bardzo, że potrzebujemy bardziej zasadnego wyjaśnienia; a takim wyjaśnieniem jest coś z naszego poletka: technologia. Bardzo wyraźnie to widać, gdy przyjrzymy się liczbom. W ostatnich 20 latach widzieliśmy niezwykły wzrost wartości kwalifikacji zawodowych związanych z techniką. W 1980 roku przedsiębiorstwa płaciły o 35% wyższe premie pracownikom z wyższym wykształceniem i pięcioma latami praktyki, w porównaniu z ich kolegami bez wykształcenia akademickiego. Obecnie ta różnica wynosi 80%. Można by sądzić, iż firmy będą usiłowały znaleźć sposoby zmniejszenia zapotrzebowania na wysokie kwalifikacje zawodowe. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. Procentowy udział pracowników wykształconych w stosunku do niewykształconych bardzo się zwiększył w prawie każdej dziedzinie gospodarki, niezależnie od faktu, że usługi ludzi wykształconych są o wiele bardziej kosztowne. Wskazuje to na istnienie pewnej siły, która skłania wszystkich do większego zapotrzebowania na pracowników wyżej wykwalifikowanych niż 15 lat temu. Ma to oczywiście wiele wspólnego z rewolucją wywołaną przez technologie informatyczne.

Pytanie: Oczywiście wzrost produktywności musi być ważniejszy dla przemysłów, które silnie rywalizują na światowym rynku?

Krugman: W kategoriach stopy życiowej tak nie jest. Wysoki wzrost produktywności w przemysłach sprzedających na rynku krajowym jest przekładany na wzrost stopy życiowej dokładnie w takim samym stopniu, jak w przemysłach zorientowanych na eksport. Przykładowo podróżując po Japonii, ku swemu zaskoczeniu, widzi się, że kraj ten wcale nie wygląda na bogaty. A dlaczego? Z wielu powodów Japończycy skoncentrowali swą działalność innowacyjną i środki na inwestycje na sektorze eksportującym. Niestety, ponieważ są oni zaskakująco niewydajni we wszystkich pozostałych sferach, koszty utrzymania są w Japonii niezmiernie wysokie. Stopa życiowa przeciętnego Japończyka jest nadal o wiele niższa niż przeciętnego Amerykanina i nie jest wyższa niż przeciętnego Anglika.

Pytanie: Nie uważam Japończyków za niewydajnych. Ich pociągi nie spóźniają się.

Krugman: Pociągi się nie spóźniają, ale odbywa się to wielkim kosztem. Na przykład superekspresy, symbolizują wysoki poziom techniki w kolejnictwie. Jednakże pomija się fakt, że powodują one tak ogromne szkody na torach, że każdej nocy tysiące robotników musi je naprawiać. To co wygląda na cud nowoczesnej techniki jest w rzeczywistości bardzo czaso- i pracochłonnym interesem. To jest po prostu iluzja.

Pytanie: Dla mnie na iluzję wygląda też problem pomiaru produktywności. Przykładowo ekonomiści posługują się statystyką wartości dodanej (wartość dodana jest miarą, wg której "wyjście" minus "wejście" określa produktywność), ale czy w rzeczywistości takie liczby coś nam mówią.

Krugman: Dane o wartości dodanej ukrywają dwa błędy. Pierwszym jest przekonanie, że pomyślność naszego narodu zależy od umiejętności wyboru i skoncentrowania się na właściwych dziedzinach przemysłu. Przynajmniej 70-80% osób zatrudnionych w rozwiniętych gospodarkach produkuje na rynek lokalny. Nie powinniśmy więc mówić: "Wycofajmy się z sektorów o niskim nasyceniu techniką, np. z handlu detalicznego". Drugim błędem jest mówienie: "o wysokiej wartości dodanej", jako o czymś mierzalnym. Tak się wydaje dopóki bliżej nie przyjrzymy się temu określeniu. Trzeba sobie zadać pytanie: wysoka wartość dodana, ale dodana do czego? Wiele lat temu, kiedy pracowałem dla rządu, ministerstwo rolnictwa opracowało program promocji eksportu o dużej wartości dodanej. W tym wypadku mówiono o wartości dodanej do jednostki ciężaru produktu. Można było otrzymać wówczas zabawne rezultaty. Produktem rolniczym o najwyższej wartości dodanej okazało się bycze nasienie. Sformułowanie "wysoka wartość dodana na zatrudnionego" brzmi sensownie, dopóki lepiej nie przyjrzymy się tym wartościom. Przykładowo przemysł tytoniowy ma najwyższą wartość dodaną na zatrudnionego, o wiele wyższą niż przemysły związane z nowoczesnymi technologiami. Polityka rządu zachęcająca do eksportu jedynie towarów o wysokiej wartości dodanej może mieć niezamierzone implikacje gospodarcze.

Pytanie: Jak więc w przyszłości będzie wyglądać rozwarstwienie dochodów? Czy sytuacja będzie się stawać coraz gorsza?

Krugman: Historia pokazuje, że może nastąpić odwrócenie pewnych trendów zarobkowych. Po Rewolucji Przemysłowej zarobki zaczęły rosnąć aż do połowy XIX w., choć ludzie nie od razu to zauważyli. Do połowy następnego stulecia większość społeczeństw zachodnich wytworzyła kultury bardziej zorientowane na klasy średnie i bardziej umiarkowane niż miało to miejsce kiedykolwiek przedtem w historii ludzkości. W czasach zmiany technologicznej niektórym grupom może się bardzo dobrze powodzić przez pewien czas, ale ten dostatek jest zawsze przejściowy. Klasycznym przykładem są tkacze brytyjscy w XIX w. Najpierw zmechanizowano proces przędzenia, zaś tkanie pozostawało zajęciem ręcznym. Wykwalifikowani tkacze mieli się bardzo dobrze, byli elitą wśród robotników. Potem nadeszła epoka maszyny parowej. Ci, którzy chcieli zniszczyć wszystkie maszyny, nie należeli do najbiedniejszych. To właśnie zubożali tkacze niszczyli maszyny parowe.

Pytanie: A Ty zakładasz, że to samo co spotkało tkaczy w XIX w. może niedługo dotyczyć programistów komputerowych, konsultantów ds. technologii i głównych informatyków?

Krugman: No cóż, mikrokomputer wyeliminował zapotrzebowanie na pewne umiejętności. Można sobie wyobrazić, a w gruncie rzeczy jest to całkiem prawdopodobne, że w miarę upływu czasu korzystanie z urządzeń technicznych nie będzie wymagało aż takich umiejętności jak obecnie. Nagroda za wysokie kwalifikacje ulegnie znacznemu zmniejszeniu. Wizjoner komputerowy Marvin Minsky starał się głębiej przeanalizować ten problem. Powiedział on, że prawdopodobnie będziemy musieli przemyśleć nasz sposób określania tego, co jest "trudne", a co jest "łatwe". Mamy tendencję do wyobrażania sobie rzeczy takich jak rozumowanie formalne i programowanie komputerów jako działań "trudnych", zaś takich jak ogrodnictwo - jako "łatwych". Jednak podczas prac nad sztuczną inteligencją stwierdzamy, że bardzo trudno jest "nauczyć" maszynę zdrowego rozsądku. Minsky podaje taki przykład: już w latach 50. mogliśmy stworzyć programy wymyślające i udowadniające twierdzenia matematyczne, ale do dzisiaj nie mamy maszyny mogącej w sposób jednoznaczny rozpoznawać ludzkie twarze - nie mamy nawet pojęcia, kiedy ją będziemy mieli. Kiedy technologia staje się bardziej wyrafinowana, ludzie zaczynają traktować ją z obojętnością, jak coś naturalnego. Przewiduję, że w miarę, jak będzie się to zdarzało coraz częściej, zwykłe ludzkie umiejętności, które posiada każdy, ale które bardzo trudno jest "włożyć" do komputera odzyskają swoje znaczenie i wartość.


TOP 200