Czy amerykanie mogą liczyć tylko na Karoshi?

Japoński etap styczniowej podróży Georga Busha nie był najlepszym akordem dla rozpoczynającej się właśnie kampanii przed listopadowymi wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. Wizytę szefa państwa i administracji amerykańskiej w Kraju Wschodzącego Słońca pierwotnie planowano tuż przed 50. rocznicą japońskiego ataku na Pearl Harbour. Gdyby wówczas ogłoszono "Deklarację Tokijską", spotkałaby się zapewne z większym zainteresowaniem opinii publicznej.

Japoński etap styczniowej podróży Georga Busha nie był najlepszym akordem dla rozpoczynającej się właśnie kampanii przed listopadowymi wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. Wizytę szefa państwa i administracji amerykańskiej w Kraju Wschodzącego Słońca pierwotnie planowano tuż przed 50. rocznicą japońskiego ataku na Pearl Harbour. Gdyby wówczas ogłoszono "Deklarację Tokijską", spotkałaby się zapewne z większym zainteresowaniem opinii publicznej.

Dokument ten, który opublikowano ostatecznie 10 stycznia, wyraża -jak ujął to The Economist - "nieokreśloną determinację wspólnej pracy obu państw dla nowego ładu świata". Tegoroczna publikacja tej deklaracji nie wzbudziła prawie żadnych reperkusji. Uwaga obserwatorów skupiła się wokół innego dokumentu, a mianowicie -"Planu Działania". Dotyczy on środków mających ułatwiać dostęp produktów z USA na wyspy Japońskie. Amerykański deficyt w handlu z Japonią dochodzi do 42 mld USD, a liczba bezrobotnych w USA sięga 8,5 mln.

Tymczasem Japończycy opanowali już 30% amerykańskiego rynku nowych samochodów, podczas gdy udział Detroit na samochodowym rynku japońskim wynosi 0,3%. Nic więc dziwnego, że prezydentowi towarzyszyli w Tokio prezesi "wielkiej trójki" z Detroit, czyli General Motors, Forda i Chryslera.

W wyniku negocjacji premier Kiichi Miyazawa nakłonił kilkanaście korporacji japońskich do zwiększenia zakupów w USA. "Plan Działania" przewiduje m.in., że 9 japońskich korporacji zakupi do 1994 r. amerykańskie podzespoły i części samochodowe o łącznej wartości 19 mld USD. 80% tych komponentów nie opuści jednak USA, gdyż trafi do japońskich wytwórni w tym kraju.

Wbrew amerykańskim zamierzeniom, do "Planu Działania" nie włączono kwoty-minimum nowych samochodów (wartości 6,4 mld USD), jakie Japończycy mieliby sprowadzić z USA do 1994 r. Nikt z Japończyków nie chciał bowiem podpisać zobowiązania, które pozostałoby jedynie na papierze. Tak zdarzyło się już z zawartą w 1984 r. pod presją Reagana "Umową o Półprzewodnikach". Miała ona gwarantować, że 20% japońskiego zapotrzebowania na półprzewodniki pokrywać będą dostawy z USA. Nie zostało to jednak zrealizowane.

Również główne światowe równania na rynku informatycznym dotyczą obydwu państw znad Pacyfiku. Dlatego też, mimo że w tokijskim orszaku prezydenta nie było szefów amerykańskich korporacji komputerowych, bostoński COMPUTERWORLD poświęcił wizycie komentarz redakcyjny. Tygodnik stwierdził, ze choć głównym tematem rozmów Bush - Miyazawa była pomoc dla amerykańskiego przemysłu automobilowego, tego rodzaju postępowanie niczego nie załatwi. Czasopismo przypomina, że przed 10 laty administracja Reagana zmusiła Japończyków do "dobrowolnej" akceptacji kwot limitujących eksport ich samochodów do USA. Skutkiem takiego postępowania było sztuczne ograniczenie konkurencji, wzrost sprzedaży samochodów amerykańskich, ogromny wzrost płac najwyższych kręgów menadżerskich w tym przemyśle i rezygnacja z większych programów innowacyjnych, zwłaszcza w dziedzinie jakości. W rezultacie klienci płacili drożej za te same wozy, ponieważ nie mieli większego wyboru.

To musiało się źle skończyć. "Ale podczas gdy amerykańscy producenci samochodów prawdopodobnie przeżyli już swoje słoneczne dni - kontynuuje CW USA - amerykańscy producenci techniki informatycznej zajmują pozycje światowego lidera. Dzieje się tak, ponieważ jedyną pomocą, jaką ten przemysł dostał od rządu, były nakłady państwa na rozwój amerykańskiej oświaty, zwłaszcza - szkół technicznych, które wykształciły zastępy naukowców i techników, a ci stworzyli później nasze wielkie kompanie komputerowe".

CW USA jest przeciwny jakiejkolwiek innej pomocy rządowej, a zwłaszcza bezpośredniemu dofinansowywaniu rozwoju konkretnych technologii komputerowych, jak superkomputery czy maszyny z obwodami o wysokiej skali integracji (VLSI). Występuje także przeciw narzucaniu dalszych ograniczeń kwotowych i taryfowych na produkty będące tworem najnowszej techniki. Tygodnik jest natomiast za szybką zmianą przepisów, które w latach 1980. - umożliwiły korporacyjnym łupieżcom zniszczenie tak wielu kompanii i bezwstydne bogacenie się garstki inwestorów i prawników.

Takie wnioski wyciąga główna gazeta komputerowa USA. Ale przeciętny Amerykanin może postrzegać to wszystko nieco inaczej. Ruch pod hasłem "Kupuj wyroby amerykańskie" ma sporo zwolenników. Chociaż często okazuje się, że dzisiejszy świat w praktyce bywa znacznie bardziej skomplikowany. W miasteczku Greece pod Nowym Jorkiem wyznawcy zasady "Buy American" skłonili radę lokalną do zakupu koparki firmy John Deere za 55 tys. USD, mimo że sprzęt firmy Komatsu (o tych samych parametrach) był do kupienia za 40 tys. USD. Po dokonaniu patriotycznej transakcji okazało się, że maszyna Komatsu została wyprodukowana w lincolnowskim stanie Illinois, a tę z nazwą John Deere złożono w Japonii.

Rozmowy tokijskie były pierwszym japońsko-amerykańskim spotkaniem na szczycie po oficjalnym rozpadzie Związku Radzieckiego. Rozpad ten pociągnie za sobą zmniejszanie się rosyjskiej obecności w rejonie Pacyfiku. Towarzyszy temu stopniowy zwrot Chin kontynentalnych w kierunku Zachodu, a nawet pojawienie się sygnałów, że Korea Północna zainteresowana jest wyjściem z samoizolacji. Ta nowa sytuacja na Dalekim Wschodzie będzie wpływać na dalszy kształt stosunków USA z Japonią. Zwłaszcza, że wg zgodnej oceny obserwatorów Bush wrócił z Tokio nie tylko z przegraną w meczu tenisowym. Znaczenie Japonii jako bezcennego sojusznika Stanów Zjednoczonych w tym rejonie świata będzie maleć. Jednocześnie rosnąć będzie znaczenie tego kraju jako potężnego konkurenta.

Co można jednak zrobić z takim nieustannie pracującym super mrowiskiem, jakim jest Japonia? Jej tradycyjne superaty w bilansie handlowym i płatniczym wydają się być nieuleczalne. Czyżby pozostawało jedynie liczenie na szybkie postępy karoshi (czyli śmierć z przepracowania)? Bo i w japońskim "państwie duńskim" zaczyna się " źle dziać". Świadczą o tym pierwsze procesy wytaczane przez osierocone rodziny tych Japończyków, których w kwiecie wieku to spotkało (czyli śmierć z przepracowania). tego właśnie powodu. NEWSWEEK, który niedawno "odkrył" pojęcie karoshi dla świata zachodniego podaje, że japońskie Ministerstwo Pracy wydało nawet zalecenie dla korporacji, aby zmniejszyły o 10% liczbę nadgodzin, a nawet posunęło się tak daleko, że zaproponowało wprowadzenie nie tylko "dnia bez nadgodzin", ale nawet i całego "tygodnia bez nadgodzin".

Cała nadzieja w tym, że administracyjne nakazy, nie mówiąc o zaleceniach, nie zdołają powstrzymać narodu ogarniętego zbiorowym szaleństwem. Zbigniew Boniecki

IDG NEWS SERVICE O KOMPUTEROWYCH ASPEKTACH WIZYTY W TOKIO

W momencie oddawania numeru do druku otrzymaliśmy z Tokio relację korespondenta IDG News Service, Charlesa Lechta, w której wyjaśnia on, dlaczego prezydent Bush nie zabrał na szczyt amerykańsko-japoński żadnego z szefów korporacji komputerowych. Korespondencja jest potwierdzeniem, że kondycja tej gałęzi przemysłu amerykańskiego nie wymaga politycznego wspierania.

Ch. Lecht przyznaje, że "Umowa o Półprzewodnikach" była nieporozumieniem, jak również, że Japończycy nie kupują komputerów produkowanych w USA. Jest to poniekąd zrozumiałe, ponieważ komputery te nie są wyposażone w systemy dostosowane do dokumentacji w języku japońskim ani nie mają lokalnej sieci serwisowej. Natomiast prawdą jest, że amerykańskie komputery, produkowane w Japonii przez firmę IBM Japan, zdobyły największą cześć rynku komputerów byznesowych na archipelagu japońskim.

Ostatnio jednak Fujitsu i NEC wprowadziły na rynek wysoce konkurencyjne wobec produktów amerykańskich swoje super- komoputery z pełnym oprzyrządowaniem dla firm japońskich. Konkurencyjność ich jest tak duża, że również inne kraje wybierają teraz produkty japońskie.

Tym nie mniej, przez dwa dziesięciolecia super-komputery amerykańskie stanowiły główne wyposażenie japońskich instytucji rządowych i dużych korporacji. W tej dziedzinie Amerykanie nie mają jeszcze powodów do narzekań. Kłopoty dopiero się zaczną.

Tym bardziej Amerykanie nie mają powodów do utyskiwań w sprawie rynku oprogramowania. Dosłownie wszystkie japońskie duże systemy komputerowe pracują na amerykańskich oprogramowaniach. Są to m.in. systemy DOS, Windowa, OS/2, Lotus 1-2-3, Wordperfect, Wordstar, Dbase i Macintosh. Wszystkie one zostały dostosowane do wymogów języka japońskiego. Amerykańskie kompanie otrzymują regularnie nie tylko należności za sprzedane produkty ale również i tantiemy.

Natomiast nie znam - pisze Ch.Lecht - ani jednego produktu software'owego "Made in Japan", który byłby używany w systemach komputerowych zainstalowanych w USA. Być może, "gdzieś w Ameryce" trafią się jakieś pojedyńcze japońskie oprogramowania urządzeń sterowniczych lub telekomunikacyjnych. Ale będzie to tylko potwierdzeniem reguły.


TOP 200