Czy Google znalazł metodę na zdominowanie globalnego ruchu sieciowego?

Wszystko zaczęło się latem ubiegłego roku, gdy Google wraz z Verizonem ogłosiły, że aktualny model przesyłu pakietów danych w sieci jest przestarzały i wymaga zmian.

Tym samym oba koncerny zaprezentowały własne rozwiązanie, które opiera się na pojęciu priorytetyzacji ruchu z zachowaniem elementów neutralności w ramach sieci przewodowych. Idea spotkała się ze zmasowaną krytyką mediów, instytucji rządowych i pozarządowych oraz przewodniczącego konsorcjum W3C i pomysłodawcy technologii WWW, Tima Bernersa-Lee. Tym razem Google musiał odpuścić.

Niedługo potem Amerykanie ogłosili, że istotnym czynnikiem pozycjonującym w firmowej wyszukiwarce stanie się czas ładowania strony. Razem z tą informacją koncern z Mountain View zaprezentował pakiet narzędzi pomocnych w przyśpieszeniu tempa wgrywania stron WWW. Administratorzy stron otrzymali zarówno marchewkę, jak i kij. Jednak Google nie był zadowolony z postępów działań w tym obszarze i zaangażował się w kolejne projekty. Ostatni z nich, Instant Pages, przypomina bardziej pudrowanie problemu, niż jego rozwiązywanie.

Natychmiastowe wyszukiwanie

Na czym polega mechanizm Instant Pages? To nic skomplikowanego, przynajmniej na papierze. Algorytm Google oblicza prawdopodobieństwo, w które wyniki wyszukiwania kliknie użytkownik. Następnie ładuje "najcięższe" ich elementy, np. grafikę, w czasie, gdy użytkownik wciąż jeszcze nie wie, który wynik wybrać. W efekcie, gdy internauta kliknie zgodnie z przewidywaniami Google’a, to dogranie lżejszych elementów strony zajmie tak mało czasu, że ludzkie oko nawet tego nie zarejestruje. Jak to możliwe? Otóż średni czas przeliczenia przez serwery Google otrzymanego zapytania wynosi niewiarygodne 300 milisekund, zaś odesłanie wyników 400 milisekund. Najsłabszym ogniwem jest użytkownik, który decyzje o tym, gdzie skierować swoje kroki, podejmuje przez około 15 sekund. To wystarczy, aby po cichu zacząć buforować strony wyświetlone na liście wyników dla danego zapytania.

Instant Pages to drugi projekt z kategorii "natychmiastowych". Pierwszy to Instant Search (natychmiastowe wyszukiwanie), który pojawił się w ubiegłym roku. Obok wielu głosów za i przeciw dynamicznemu wyszukiwaniu, znalazły się pytania dotyczące najważniejszej, podstawowej kwestii: po co właściwie Google’owi tego typu usługa? Pierwsze komentarze szły w kierunku ambicjonalnym. Instant Search miał utrzeć nosa Bingowi, który - jak można było odnieść wrażenie - deptał Google’owi po piętach. Jednak po kilku miesiącach, przy innej okazji, jeden z inżynierów Google’a wygadał się, że dynamiczne wyniki wyszukań to efekt pogłębionych badań. Okazuje się bowiem, że gdy otrzymujemy wyniki zapytania bez żadnego opóźnienia, wyszukujemy więcej i częściej. Tym samym, trzeba to dopowiedzieć, z pewnością częściej klikamy w reklamy AdWords.

Kolejny projekt Google to SPDY (czytaj: speedy, czyli szybki). Tutaj kończą się drobne sztuczki z ładowaniem stron, gdy użytkownik podejmuje decyzje, a zaczyna się solidna, inżynierska robota. SPDY to nowatorskie podejście do sposobu kontaktowania się przeglądarki z serwerem. Zamiast otwierać dużą liczbę połączeń odpowiadających za załadowanie pojedynczego elementu strony, SPDY oferuje jedno szerokie połączenie, którym można elastycznie zarządzać. Nie ma przeciwwskazań, aby załadować w pierwszej kolejności elementy, które decydują o pozostaniu użytkownika na stronie, kosztem mniej istotnych i słabiej przyciągających uwagę. Strangeloop, przedsiębiorstwo, które jako pierwsze zastosowało SPDY w komercyjnej produkcji Site Optimizer, określa procentowe zyski czasowe w ładowaniu strony na poziomie pomiędzy 10 a 20 punktów. Do tego dochodzi najważniejsza sprawa - SPDY nie wymaga rekonfigurowania serwera, czy też wymiany oprogramowania lub sprzętu. Jak na razie, działa jedynie z przeglądarką Chrome, jednak w dobie coraz cięższych stron WWW jego sukces wydaje się nieunikniony.


TOP 200