Czy Google znalazł metodę na zdominowanie globalnego ruchu sieciowego?

Argumentowano zresztą, że pewna forma priorytetyzacji ruchu ze strony operatorów następuje już od dawna, gdyż w innym wypadku groziłoby nam miejscowe zapchanie magistral przesyłowych. Ponadto sytuacja, w której pakiety danych poczty elektronicznej oraz pakiety danych Skype’a traktowane są jednakowo, jest nie do przyjęcia. Powód stanowią zasadniczo inne wymagania użytkowników co do czasu otrzymania pakietów danych. W przypadku Skype’a nawet chwilowe zerwanie połączenia jest uciążliwe, zaś w przypadku e-maila doręczenie wiadomości kilka minut później nie zrobi większej różnicy. To prawda, ale...

... sprawa ma drugie dno

Po pierwsze, Google dąży do - jak to ładnie określił Steve Jobs - ery postPC. Świata, w którym komputer osobisty, jaki znamy, staje się już nie jednym z wielu segmentów urządzeń z dostępem do Internetu, ale wręcz urządzeniem niszowym. Siłę urządzeń ery postPC widzi Google przede wszystkim w , czyli w oprogramowaniu. Rola sprzętu staje się marginalna. Stąd tak duży nacisk na rynek oprogramowania smartphone’ów (Android Honeycomb) oraz rozwój Chromebooków - prostych laptopów z systemem Chrome OS. Aby móc promować tego typu urządzenia, które w całości korzystają ze zdalnych aplikacji, konieczny jest powszechny dostęp do ultraszybkiego Internetu.

Po drugie, nie chodzi wyłącznie o szybkość sieci, ale także o koszty infrastrukturalne dalszego zwiększania przepustowości. Prawda jest taka, że ceny łączy na całym świecie spadają, rosną natomiast wymagania co do ich jakości, a to powoduje spadek przychodów operatorów telekomunikacyjnych. Śmietankę zaś spijają ci, którzy za obciążenie łączy odpowiadają - internetowe wypożyczalnie filmów czy też sklepy z cyfrową muzyką. Nie ponoszą kosztów współmiernych do tych, które generują, kiedy wymuszają ciągłe inwestycje w drogą infrastrukturę przesyłu danych. Priorytetyzacja ruchu miałaby wymusić opłaty na tych, którzy chcieliby korzystać z najszybszej, uprzywilejowanej warstwy sieci. Pozostaje bez odpowiedzi pytanie o to, co byłoby z tymi, którzy nie zdecydowaliby się zapłacić operatorom telekomunikacyjnym.

Powolna zmiana czy tąpnięcie?

Szeroko rozpisywał się o erze postPC Jonathan Zittrain w mało znanej w Polsce publikacji "The Future of the Internet and How to Stop it". Ostrzegał przy tym, że jedną z fundamentalnych cech generatywnego i otwartego Internetu jest właśnie neutralność sieci.

Jak widać, argumentów za tym, aby Internet zmienił się w sposób zasadniczy, jest wystarczająco dużo. O ich sile niewiele mniej świadczy fakt, że sprawcą całej zmiany będzie gigant z Mountain View. Pytanie tylko, w jaki sposób będzie się to odbywało. Czy będzie to ewolucja stopniowo unowocześniająca dotychczasowe rozwiązania, czy raczej gwałtowne, technologiczne tąpnięcie? Osobiście skłaniam się ku pierwszemu modelowi, z jednym zastrzeżeniem. Nie sposób pewnie wyrokować o firmie, której wartość rynkowa wynosi dziś blisko 30 mld USD, a która 15 lat temu istniała jedynie w głowach dwóch doktorantów z Uniwersytetu Stanforda. Bo chyba dziś nikt nie ma wątpliwości, że gdy mówimy: Internet, myślimy: Google.

Andrzej Lemański jest specjalistą ds. marketingu internetowego i PR w firmie Rafko oraz współpracownikiem Zakładu Komunikacji Społecznej w Instytucie Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku.


TOP 200