Czuj się (dobrze) poinformowany!

Po nowiusieńkich torach sunie nowiutki tramwaj całkiem nowej linii, czerpiąc prąd z nowej sieci, rozpiętej na nowych słupach.

Niebawem zatrzyma się na od nowa zbudowanym przystanku z wiatą nowego typu i takimż oznakowaniem. Uprzedza o tym pani z głośnika: "Następny przystanek. Zachodnia. Stacja kolejowa". Pomijając nietrafiony akcent zdaniowy tej pani, to nieznający miejscowej sytuacji zrozumieją z tego, że chodzi o stację o nazwie "Zachodnia", a takiej we Wrocławiu nie ma. To samo widnieje też na tabliczkach przystankowych: Zachodnia. Stacja kolejowa.

A tyle było przechwałek, jak to specjaliści mieniący się architektami informacji, w takiej na przykład Stolicy, aż ponad rok dochodzili do właściwego, ich zdaniem, kształtu i koloru liter w miejskich napisach informacyjnych. No, i tu też litery i ich kolor są może i w porządku, ale co z tą stacją? Gdzie ją znaleźć, bo z przystanku nie widać? Czy pójść w lewo, czy w prawo? I co to właściwie za stacja?

A stacja nazywa się Wrocław-Mikołajów i leży za niewielkim parkiem, przez który wiedzie do niej jakieś 150 metrów alejki. Alejki bez jednej chociażby lampy, ale za to z ławkami, na których wieczorami, w miłej ciemności, lubi przesiadywać towarzystwo, nie zawsze przyjaźnie nastawione do przechodzących.

Budynek stacji całkowicie niedawno odremontowano, tunele i perony zostawiając jednak w dotychczasowym, nie najlepszym stanie. Stacja wygląda teraz okazale, jak nowa, a w poczekalni pojawiły się nawet ławki. Dla równowagi chyba usunięto z niej zegar. Dołożono natomiast takowy wysoko, na frontonie od strony ulicy, więc jak ktoś nie ma zegarka, może sobie wyjść, przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy i zobaczyć, która godzina.

Stacja Mikołajów jest ruchliwa i ma dwa perony, każdy z dwoma torami. Bywa, i to nierzadko, że na ten sam peron wjeżdżają dwa pociągi jadące w przeciwnych kierunkach. Zatrzymują się na krótko, więc z wsiadaniem trzeba się spieszyć. Tylko skąd wiedzieć, w jakim kierunku zmierza dany pociąg? Czy do Głównego we Wrocławiu, czy może gdzieś w świat? Żadnej strzałki, tabliczki czy chociażby malunków na samym peronie (czego zimą i tak nie byłoby widać, bo śniegu od lat nikt tam nie sprząta).

Gdy jednak już komuś udało się stamtąd odjechać, właściwym pociągiem i we właściwym kierunku, powiedzmy, do Poznania, nie oznacza to końca czekających go przygód z informacją. Bo na kraj cały spadła plaga przebudowy dworców, których personel zmaga się, jak może, z przeciwnościami. Jedną z biorących się z tego konieczności są pociągi odjeżdżające w tym samym czasie z tego samego toru, ale w przeciwnych kierunkach.

Jesteśmy więc w rzeczonym Poznaniu, gdzie w niedzielny wieczór, na jednym torze przy peronie 3. stoją sobie dwa pociągi: jeden do Konina, czyli na wschód, drugi do Kępna, więc na południe. Droga tego ostatniego od zawsze wiedzie przez Jarocin i Ostrów. W drzwiach przy kabinie maszynisty stoi konduktor. Podchodzi starsza, jakby nieco zagubiona, pani z trójką dzieci. Pyta: Czy ten pociąg do Ostrowa?

- Nie, proszę pani, do Kępna! - odpowiada zadowolony z siebie kolejarz i znika gdzieś w głębi wagonu, a pani, zaganiając swą niesforną trzódkę, rusza w kierunku drugiego pociągu. Szczęśliwie słyszy to także ktoś czekający na peronie i wyprowadza ją z błędu.

Piątkowe popołudnie. Dworzec Kraków Główny. Na peronie 2. sporo ludzi, tak na oko ze sto osób, zgodnie ze wskazaniem dworcowych tablic czeka na pociąg do Wrocławia. Na pięć minut przed planowanym odjazdem komunikat, żeby przejść na inny peron. Ludzie ruszają do schodów, a w dole, w tunelu zagrodzonym w połowie przez remont, z szybkością mniejszą niż konduktowa poruszają się dwie zbite strugi ludzi. Najpierw trzeba przebić się przez jedną z nich, a potem dołączyć do drugiej. Przejście o dwa perony trwa ponad 15 minut. Pociąg, szczęśliwie, jeszcze stoi.

A wracając do początku - wspomniana tam ulica Zachodnia, od której to nazwę dostał przystanek, wcale nie prowadzi do stacji. Wprost przeciwnie.


TOP 200