Czas stachanowców

Na II Kongresie Informatyki Polskiej wiele utyskiwano z powodu niewystarczających nakładów na informatykę w Polsce. Cytowano konkretne liczby (wskaźnik PKB), które sytuują nas poniżej nie tylko krajów powszechnie uważanych za bardzej rozwinięte, ale i tych, z którymi stanowimy jedną grupę w staraniach o przynależność do organizacji międzynarodowych. Jednocześnie padały gorzkie słowa na temat niewystarczającej edukacji i świadomości społecznej w dziedzinie informatyki.

Na II Kongresie Informatyki Polskiej wiele utyskiwano z powodu niewystarczających nakładów na informatykę w Polsce. Cytowano konkretne liczby (wskaźnik PKB), które sytuują nas poniżej nie tylko krajów powszechnie uważanych za bardzej rozwinięte, ale i tych, z którymi stanowimy jedną grupę w staraniach o przynależność do organizacji międzynarodowych. Jednocześnie padały gorzkie słowa na temat niewystarczającej edukacji i świadomości społecznej w dziedzinie informatyki.

To wszystko prawda i trzeba o tym mówić głośno i dobitnie. Jednakże mam wrażenie, że w głosach tych pobrzmiewa echo socrealizmu, a przynajmniej pseudosocjalizmu. Niespecjalnie rozumiem bowiem, dlaczego nakłady bezwzględne albo liczone jako procent PKB miałyby służyć do porównań. Niedawno zaprzyjaźniony informatyk pracujący w dużym przedsiębiorstwie rozwojowej branży opisywał mi perypetie pewnego projektu informatycznego. Przygotowano tam system informacji o kontrahentach dla zespołu pracowników działu sprzedaży. System ten, przygotowany niejako przy okazji tworzenia owego działu, przygotowano przy użyciu nieadekwatnej technologii. Zamiast wielodostępnego, wydajnego serwera bazy danych i ergonomicznych aplikacji klienckich (ludzie bowiem mieli przy nich spędzać długie godziny robocze) zastosowano technologię pomyślaną jako wsparcie dla domowych "majsterklepków", katalogujących swoje płyty czy zdjęcia. Dział informatyki odbiorcy przyjął postawę: "To nie nasze, więc co nas obchodzi", odebrał rozwiązanie, a fakturę zapłacono. Jak nietrudno się domyślić, system "rozłożył się" na pierwszych poważnych zadaniach. Wkrótce dla wszystkich stało się jasne, iż rozwiązanie trzeba stworzyć od nowa.

Ktoś naiwny pomyślałby, że w konsekwencji potoczyły się głowy osób odpowiedzialnych. Tymczasem - i tu mój kolega konfidencjonalnie obniżył głos do szeptu - konieczność wyrzucenia starego rozwiązania i zakupienia nowego została przedstawiona jako "wzrost inwestycji w informatykę". Zręczni marketingowcy przekuli blamaż w sukces, bo nakłady na informatyzację postrzegane są przez wielu jako wartość sama w sobie.

A przecież wystarczy pomyśleć chwilę, by dojść do wniosku, że nie tylko wielkość tych nakładów jest istotna. Równie, a może nawet bardziej istotnym czynnikiem jest ich efektywność. Tymczasem próżno szukać stosownych współczynników w oficjalnych dokumentach, prezentowanych rozmaitym decydentom trzymającym kluczyk od kasy.

Tak zwana opinia publiczna patrzy i widzi, że pieniądze wydawane na informatykę często są trwonione. Zacytowany przykład to nic, lecz POLTAX czy GUC to naprawdę duża skala marnotrawstwa. A przy okazji chaosu związanego z Programem Płatnika ZUS sceptycy uzyskali kolejny argument, że pieniądze wydawane na informatykę wcale nie muszą być najlepszą formą inwestycji. Oczywiście, można winić media, dla których good news is no news, koncentrują się więc na porażkach, zaniedbując sukcesy. Ale tak jest na całym świecie - taka już mediów natura i nic na to nie poradzimy.

Myślę więc, że niskie nakłady na informatykę w Polsce są nie tylko odbiciem ignorancji decydentów, ale także skutkiem źle pojmowanego idealizmu informatyków. Czas stachanowców, przekraczających normy pracy o kilkaset procent, ale nie baczących na sens tej pracy, minął bądź mija. Bez udowodnienia czarno na białym, ile można zyskać na jednej złotówce zainwestowanej w informatykę, nie powinniśmy oczekiwać, iż ktoś nasze żądania weźmie do serca.


TOP 200