Czas jest najlepszym lekarstwem

Notoryczny brak czasu to problem, z którym borykają się informatycy niezależnie od szczebla i firmy, w której są zatrudnieni. Jest to efekt nakładania na nich zbyt wielu obowiązków.

Notoryczny brak czasu to problem, z którym borykają się informatycy niezależnie od szczebla i firmy, w której są zatrudnieni. Jest to efekt nakładania na nich zbyt wielu obowiązków.

Dla wielu pracodawców informatyk jest po prostu maniakiem, któremu do szczęścia potrzebny jest terminal, klawiatura i dostęp do serwera. Nie potrzebuje własnego mieszkania, samochodu czy urlopu, który mógłby wykorzystać na spotkania z przyjaciółmi, nie informatykami. Praca jest przecież jego pasją i może ją wykonywać niemal bez przerwy. Tymczasem każdy specjalista chciałby mieć trochę czasu wolnego, choćby po to, by poświęcić go rodzinie, a obarczanie go ponad miarę obowiązkami i tak w końcu obraca się przeciw pracodawcy.

Prestiż

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z informatyką, rzeczywiście byłem szczęśliwy, gdy tylko mogłem dorwać się do komputera PC, a trochę później popracować w sieci. Zakładanie serwera poczty było niczym poemat, podobnie jak chodzenie do użytkowników i wmuszanie w nich programu klienta poczty czy podłączanie nowych aplikacji. Oczywiście byłem postrzegany jako dziwny gość, pasjonujący się problemami technicznymi, takimi jak implementacja Remote Access Services na NT z oddzwanianiem.

Byłem jednak ceniony za wiedzę. Stale mówiono: "Pan Tomek to potrafi, pan Tomek to na pewno zrobi", co przez pewien czas sprawiało mi ogromną przyjemność. Czułem się doceniany, "niezastąpiony". Z czasem telefony od użytkowników nasiliły się ponad miarę. Niestety, spełniając prośbę jednego z nich musiałem odmówić kilku innym, co powodowało wiele konfliktów. Na szczęście kierownik Departamentu Informatyki miał dostatecznie duże doświadczenie, żeby nie wyciągać wobec mnie konsekwencji służbowych.

Pewne problemy pojawiły się, gdy kupiłem telefon komórkowy. Szybko okazało się, że kierownictwo musi znać jego numer choćby po to, by zapewnić całodobową obsługę informatyczną wysokim rangą urzędnikom, którym "zdarza się pracować także w weekendy". Spory na ten temat trwały tygodnie, jednak z uporem nie chciałem podać numeru, a firma nie chciała mi kupić telefonu służbowego i problem przestał istnieć.

Każdy ma ten problem

Potem znalazłem nowego pracodawcę - zostałem szefem działu informatyki w polskim przedstawicielstwie zagranicznego koncernu. Miałem nadzieję, że sytuacja zmieni się na lepsze - w końcu miała to być zachodnia firma, która na pewno wie, jak organizować pracę, ma ustaloną politykę zakupów w zakresie informatyki.

Rzeczywistość okazała się jednak odmienna. Liczebność naszego działu była zbyt mała w stosunku do potrzeb, w związku z czym każdy z nas musiał zajmować się kilkoma sprawami równocześnie - od help desku i administracji sieci, po organizację przetargów i wybór odpowiednich rozwiązań. Jednak mimo nawału pracy i niezadowolenia użytkowników, nie udało mi się przekonać kierownictwa do stworzenia nowych etatów. Dla mnie i każdego mojego pracownika oznaczało to pracę w godz. 7.00-18.00, często także w święta. Brakowało czasu na podnoszenie kwalifikacji, a nawet na lekturę prasy fachowej. Często zdarzało się, że jeden z nas bywał w firmie w weekendy i to o najdziwniejszych porach, ponieważ któryś z użytkowników chciał popracować, a sieć nie działała tak, jak powinna. Jednak w normalnych godzinach pracy nie wystarczało czasu na prace związane z jej utrzymaniem. I nikogo nie interesowało, że jest sobotni wieczór, jestem po kilku drinkach niezdolny do prowadzenia samochodu, a taksówkę muszę sfinansować z własnej kieszeni.

Potraktować poważnie

Każdy informatyk zna co najmniej kilka takich historii. Wiele lat pracy w zawodzie w trzech kolejnych firmach w różnych sektorach nauczyło mnie kilku smutnych rzeczy. Mimo że coraz trudniej znaleźć dobrego specjalistę, informatycy nadal nie są traktowani na równi z innymi pracownikami. Wśród kadry kierowniczej wciąż powszechne jest myślenie: "Zawsze znajdziemy sobie jakiegoś informatyka, niech nawet wytrzyma u nas tylko rok, my "wyciśniemy" z niego ile się da, a potem znajdziemy sobie następnego. W końcu nie ten, to inny".

Czy firmy w ten sposób traktujące informatyków nie próbują policzyć, ile kosztuje wyszkolenie nowego pracownika, ile czasu jest "tracone" na szkolenie kolejnego informatyka, wdrażanie go w specyfikę firmy? Czy nie lepiej byłoby mieć kogoś, kto jest zadowolony ze współpracy z firmą? W zamian za zmianę podejścia firma zyskałaby lojalnego pracownika, który nie przeglądałby poniedziałkowego dodatku Gazety Wyborczej "Praca" - stałej lektury w wielu działach informatyki.

Stosunek między pracodawcą a pracownikiem powinien cechować wzajemny szacunek, niezależnie od uprawianego zawodu. Wyklucza to podejście do specjalisty, jako do jednego z wielu nieistotnych pracowników, którego zawsze można zastąpić innym. Wyklucza także jego eksploatację ponad miarę. Marzy mi się taki styl pracy, gdzie wszyscy pracują w godz. 8.00-16.30, a zostawanie "po godzinach" jest uznawane za wynik złej organizacji pracy, gdzie każdy chętnie wraca do firmy, wypoczęty po poprzednim dniu.