Czas i pieniądz

''Przyjadę po Was o dziewiątej'' - obwieszcza nam lokalny przewodnik. Po prawie godzinie negocjowania ceny za oprowadzenie nas po lokalnych wioskach, dajemy w końcu za wygraną. Niżej z ceną już nie zejdziemy.

''Przyjadę po Was o dziewiątej'' - obwieszcza nam lokalny przewodnik. Po prawie godzinie negocjowania ceny za oprowadzenie nas po lokalnych wioskach, dajemy w końcu za wygraną. Niżej z ceną już nie zejdziemy.

"Ale dziewiąta indonezyjskiego czasu, OK?" - dodaje szybko. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do indonezyjskiego czy może raczej azjatyckiego podejścia do czasu. Godzina w tę czy w tamtą nie gra dla nich żadnej roli. Gdy następnego dnia pojawia się w naszym hotelu o 9.30, uznajemy to za wyraz niezwykłej punktualności. Trochę więcej kłopotu sprawia nam próba ustalenia godziny odjazdu autobusu, którym chcemy się dostać na drugi koniec wyspy. W odpowiedzi na nasze pytania otrzymujemy rozrzut godzin od 6.30 do 8.30. Przyjmujemy więc niestety najgorszy dla nas wariant i już od 6.15 wyczekujemy autobusu.

Na szczęście, nie musimy się nigdzie ruszać, bo autobus ma nas zabrać z hotelu. Zresztą podjeżdża nie tylko po nas. Jak się okazuje, kierowca już wczesnym rankiem wyjeżdża na ulice miasteczka w poszukiwaniu pasażerów i krąży tak długo, aż zbierze komplet. Nas zabiera o 7.15, po czym jeszcze przez dobrą godzinę krąży po miasteczku.

Na tej samej zasadzie działają zresztą nie tylko autobusy międzymiastowe, ale i podmiejskie mikrobusy. Przed wyruszeniem w drogę trzeba wykonać co najmniej trzy okrążenia wokół centrum miasta, aby zebrać komplet pasażerów. Przejazd paru kilometrów zajmuje więc nam przynajmniej godzinę.

Próbujemy jednemu z Indonezyjczyków wytłumaczyć, że komunikacja w Europie funkcjonuje na nieco innych zasadach. Chyba nie za bardzo dostrzega zalety ściśle ustalonych rozkładów jazdy. Próba tłumaczenia, że kalkulacja ceny biletu opiera się na regule, według której warto jednego dnia pojechać z mniejszą liczbą pasażerów i trochę stracić, aby następnie pojechać z większą liczbą osób i w sumie zarobić, graniczy niemalże z czarną magią.

Chciałoby się powiedzieć, że czas to pieniądz. Tylko że tutaj nikt nie ma pieniędzy, by płacić więcej za punktualność, za to wszyscy mają dużo czasu, by czekać, aż autobus odjedzie.

E-gospodarka zaczęła cenić czas jeszcze bardziej niż to miało miejsce do tej pory. E-pieniądze, e-gazety, e-książki, e-zamówienia, e-zlecenia, e-sklepy, e-... - wszystkie istnieją i zarabiają na siebie dzięki temu, że utylizują czas ponad spotykaną dotąd miarę. Redukujemy opóźnienia, eliminujemy pośredników, pozbywamy się zbędnych przestojów, przyspieszamy przetwarzanie ... - wszystko chcemy mieć online. Czas płatności, czas rozpowszechniania, czas publikacji, czas realizacji, czas sprzedaży, czas obsługi, czas... - wszystkie skracają się i skracają. Chciałoby się powiedzieć, że końca nie widać, choć wszyscy czujemy, że jeszcze trochę i nie będzie już czego skracać.

Nie mając żadnych terminów, które by nas goniły, i trochę wolnego czasu w zanadrzu, udajemy się na Seraya - jedną z malutkich wysepek niedaleko archipelagu Komodo. Na wyspie jest 10 bungalowów, ale rzadko kiedy bywa, by wszystkie były zajęte. Jest na niej kilku turystów i parę osób obsługi. Wszystkich może 10 osób. Słońce, plaża, woda, szum wiatru i fal. Czas przelewa się przez palce strumieniami. Z planowanych dwóch dni pobytu robi się tydzień.

Bez zdziwienia czytamy wpisy innych osób w księdze gości. "Przyjechaliśmy na dzień, a zostaliśmy dziesięć". "Sami nie wiemy jak to się stało, że spędziliśmy tu całe trzy tygodnie naszych wakacji". I tylko jeden wpis sugeruje: "...ale zainstalujcie tu Internet". Po co? Żeby znowu czuć pręgierz wartości upływającego czasu.

Indonezja - Flores, Seraya, 10 czerwca 2001 r.


TOP 200