Cyfrowi wandale

Spam staje się jednym z ważniejszych problemów kultury XXI w. Jest ceną wolności, ale - paradoksalnie - jego ekspansja prowadzi do ograniczenia tej wolności.

Spam staje się jednym z ważniejszych problemów kultury XXI w. Jest ceną wolności, ale - paradoksalnie - jego ekspansja prowadzi do ograniczenia tej wolności.

Niedługo po studiach, a było to jeszcze w 1972 r., napisałem dla Polityki artykuł Zalew informacji - slogan czy prawda? Zafascynowany nie tyle samymi komputerami, bo osobistych wówczas nie było (to epoka "mózgów elektronowych"), ile pierwszymi jaskółkami globalizacji mediów, co wiązało się z bezpośrednimi emisjami satelitarnymi. Jednak już wtedy sądziłem, że stajemy się ofiarami zalewu informacji przekraczającego możliwości percepcyjne człowieka.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, było to przekonanie naiwne - Polska u progu gierkowskiej modernizacji nie była z pewnością krajem zamkniętym, ale też nie na tyle otwartym, aby snuć podobne wizje. W porównaniu z dzisiejszymi możliwościami generowania i rozpowszechniania informacji była to epoka mamuta. Istniały jednak też podstawy ku temu, by sądzić, iż kraj osiągnął już wtedy wysoki poziom nasycenia w media elektroniczne: radio już wcześniej było powszechne, a szklany ekran w połowie lat 70. zagościł w 97,5% gospodarstw domowych. O zalewie informacji trudno było jednak mówić, ponieważ nie była ona jeszcze wtedy - nie tylko w krajach socjalistycznych, ale także w Europie Zachodniej - przedmiotem obrotu komercyjnego, lecz świadczenia społecznego. Dominował wtedy model elektronicznych mediów publicznych; ich prywatyzacja ruszyła pełną parą dopiero pod koniec lat 70. Wydawało się jednak, że presja informacyjna rośnie, był to rozkwit społeczeństwa masowego - wielkie centra molochy "pompowały" informacje w masy, docierając z tymi samymi przekazami do wielomilionowych audytoriów i widowni.

Dziś mamy inną epokę - społeczeństwa bogate w media, dane, informacje i wiedzę; to wszystko dzięki przełomowej technologii cyfrowej. Przekonanie, że cierpimy na nadmiar informacji jest dość częste. Wystarczy przytoczyć prace J. Gleicka, Davida Lewisa, K.J. Wheatona, P. Bowesa, Davida Shenka, M. Weil i L. Rosena i in. Roi się w nich od określeń: information overload, data glut, data smog, infospasm, age of redundancy. Przemysław Gamdzyk, który podejmował ten temat na tych łamach (Za dużo informacji, Computerworld z 16 czerwca ub.r.), twierdzi, że podstawową przyczyną nadmiarowej produkcji informacji jest nieumiejętność precyzyjnego formułowania przekazu. Internet po prostu nie jest redagowany, stąd tyle śmieci. Im jest ich więcej, tym kosztowniejsze jest przedzieranie się przez ten gąszcz, tym bardziej potrzebne są informacyjne bypassy. Autor twierdzi, że zawodem przyszłości staje się redaktor. Jego zadaniem będzie czuwanie nad zawartością informacji. Optymistycznie przewiduje się, że w niedalekiej przyszłości firmy będą ograniczać produkcje zbędnych informacji, np. przez limitowanie liczby e-maili wysyłanych przez pracowników. Jest więc to działanie typowo administracyjne. Skądinąd wiadomo że to żadne panaceum: jeden w ramach limitu będzie wysyłał śmieci, a inny nie będzie mógł wysłać wartościowych przekazów, bo będzie limitowany.

Oczywiście, nieumiejętność redagowania przekazów zaśmieca obieg informacyjny. Jest jednak raczej objawem choroby niż jej przyczyną. Przyczyny obiektywne są znane i dokładnie opisane. Przedstawili je niedawno Peter Lyman i H.L. Varian w raporcie How Much Information (Journal of Electronic Publishing,http://www.press.umich.edu/jep/06-02/lyman.html ).

Pandemia spamu

Mamy nadmiar informacji, przed którym można uciec, i taki, przed którym już się nie da. W tym drugim przypadku chodzi o spam, który nas coraz bardziej dusi i zatruwa. Sama nazwa pochodzi od produktu mięsnego firmy Hormel Food, który w latach 30. przebojem przy intensywnej reklamie wdarł się w USA w przestrzeń publiczną i medialną, a po wojnie także do Europy. Był powszechnie pogardzany jako symbol złego smaku, coś w rodzaju rodzimego "przysmaku śniadaniowego" z czasów PRL (który starsi Polacy mają jeszcze w pamięci jako bodaj jedyny przysmak, który można było dostać na wczasach). Puszkowana mielonka "spam" nie jest już przebojem rynku, o wiele bardziej intensywnie reklamują się McDonald's czy Coca-Cola, ale spam pozostał symbolem natrętnej reklamy mocno doskwierającej użytkownikom e-maila. Pandemia spamu z dnia na dzień się rozszerza - według najnowszych szacunków w obiegu sieciowym krąży więcej reklamy niż normalnej poczty elektronicznej.

Jak szacuje agencja badawcza Radicati Group, w 2003 r. wysłano pocztą elektroniczną 17 mld spamowych wiadomości. Według szacunków w tym roku przeciętny Amerykanin dostanie do e-skrzynki 2200 spamów, a za dwa lata 3600 i wynika to z prostej ekstrapolacji (mówię o odbiorcy przeciętnym, co znaczy, że aktywny otrzymuje o wiele więcej).

Według amerykańskiej firmy Message Labs w maju 2004 r. 76% listów elektronicznych, wysyłanych do klientów tej firmy, stanowiły reklamy. Wirusy komputerowe załączane w e-poczcie doskwierają nam od dawna, spam zaś nasilił się stosunkowo niedawno. Procent e-maili zaspamowanych idzie w górę, zaś zawirusowanych pozostaje ten sam. Odwrotne proporcje występują jedynie w czasie dużych epidemii wirusowych. Tymczasem skuteczność filtrów antyspamowych przekracza ledwo 25% (za H. Halik Nachalna reklama opanowała Internet, Gazeta Wyborcza z 13 czerwca br.).

Inwazja spamu jest moim zdaniem nieunikniona, ma ona bowiem źródła systemowe. Decentralizacja, komercjalizacja, deregulacja wszystkiego sprawiają, że mamy do czynienia z rewolucją organizacyjną: na rynkach globalnych i w niszach gospodarczych rosną jak grzyby po deszczu dziesiątki tysięcy nowych podmiotów, które - aby zaistnieć i przetrwać - muszą walczyć o naszą uwagę. W tym zgiełku trzeba sięgać po coraz silniejsze tuby, aby tylko przekrzyczeć innych, co potęguje globalny zgiełk. Przenosi się on niestety do Internetu, bo działa tu prawo podciśnienia: on nie jest jeszcze nasycony, ale coraz bardziej zapełnia się spamem.

Jestem więc w stanie zrozumieć obiektywne przyczyny nadmiaru informacji. Jeśli społeczeństwo informacyjne ma funkcjonować, to potrzebuje redundantnych biegów informacyjnych, ale spam takiej roli nie spełnia. Moim zdaniem czynniki subiektywne odgrywają drugorzędną rolę. Prawda, są wielkie zastępy sieciowych złodziei, hakerów i krakerów, szpiegów i zabawowiczów, którzy chcą uprzykrzyć życie użytkownikom sieci, nie tylko niszcząc wartościową informację, ale także paraliżując funkcjonowanie np. serwisów WWW . Trwa walka między webmasterami - twórcami stron WWW i reklam na nich umieszczanych i webhakerami; jedni chcą przechytrzyć drugich. Wyścig programistów tworzących spam i filtry antyspamowe, wirusy i trwa.

Generalnie jednak to nie tyle czyjaś zła wola, ile sama logika systemu każe wszystkim aktorom tej gry produkować nadmiar informacji, w tym złej informacji. Ja sam łapię się na tym, że prokuruję sobie ten zalew. Zanim wyrzucę niepotrzebny szpargał czy skasuję zbędny plik, to na wszelki wypadek go kopiuję. Świadom jestem, że brzmi to surrealistycznie, ale co jest dziś czystym realizmem?


TOP 200