Co na to giełda?

Nowe prawo autorskie wywołało wiele burzliwych dyskusji wśród ludzi interesujących się komputerami. Co na ten temat sądzą uczestnicy warszawskiej giełdy komputerowej zlokalizowanej przy ulicy Grzybowskiej?

Nowe prawo autorskie wywołało wiele burzliwych dyskusji wśród ludzi interesujących się komputerami. Co na ten temat sądzą uczestnicy warszawskiej giełdy komputerowej zlokalizowanej przy ulicy Grzybowskiej?

Po pierwsze - nie ma paniki. Zauważyć można troche większe zainteresowanie kupnem pirackich kopii programów, niemniej nie odbiega ono znacząco od normalnego. Większość sprzedających zdaje się przyjmować postawę wyczekującą - pożyjemy, zobaczymy - mówią. Niektórzy jakby nie mogą uwierzyć w zmianę status quo - eee, mogą mi... - stwierdzają dobitnie. Tylko nieliczni są pesymistami - to już pewnie koniec giełdy - utyskują. Jak wiadomo, diabeł zawsze siedzi w szczegółach, to znaczy w przepisach wykonawczych do świeżo uchwalonej ustawy o ochronie praw autorskich. Nikt nie wie w jaki sposób będą ścigane przestępstwa polegające na kradzieży i nielegalnym rozpowszechnianiu programów komputerowych. Czy cała giełda ulegnie likwidacji np. w ramach pokazowej akcji policyjnej (co wydaje się mało prawdopodobne), czy też każdy handlarz będzie ścigany na mocy indywidualnego powiadomienia o przestępstwie (przez zainteresowane firmy). Oczywiście w tym drugim przypadku powstaje problem programów, których właściciele praw autorskich, nie mają na terenie naszego kraju żadnych przedstawicieli prawnych i handlowych (a jest takich w giełdowej ofercie wcale nie tak mało).

Sami organizatorzy giełdy zdają się "umywać ręce", nie zajmując w tej sprawie stanowiska. Czy jednak mogą zachować neutralność? W oficjalnym piśmie spółki "Marmit", zarządzającej giełdą "bazarową" na placyku koło ul. Grzybowskiej, znajduje się stwierdzenie: osobom, którym udowodniono łamanie prawa, nie będzie wynajmować się miejsca na giełdzie. Giełda jednak przetrwa tak czy inaczej, bo niemały udział w jej ofercie handlowej ma dzisiaj sprzęt - głównie części, z których można zbudować bogato wyposażony komputer PC.

Niektórzy z handlujących oprogramowaniem mieli wyraźną ochotę na polemiki z autorami nowej ustawy. "Gdzie indziej można dostać tak szybko oprogramowanie? Czy jest w Polsce jakakolwiek firma, która byłaby w stanie przedstawić tak bogatą ofertę różnorodnego oprogramowania jaką ma nasza giełda?"- bronili dotychczasowego stanu rzeczy. No cóż - argumenty dość przewrotne, ale dobrze opisujące naszą rzeczywistość.

Wcale tak wiele tu nie zarabiam. Ale także dzięki mnie, ludzie będą mogli dostać tanie oprogramowanie - usiłują przekonywać o swych altruistycznych postawach , czy też wręcz patriotycznych pobudkach swej działalności - jak kupię program zachodniej firmy, to Polska straci, a zarobi na tym jakiś wuj Sam z Ameryki. Być może w pewnej mierze podobnie rozumował nasz parlament uchwalając ustawę w wersji abolicyjnej, właśnie z uwagi na makroekonomiczny aspekt tej sprawy.

Byli też reprezentanci innych postaw. Klienci na lewe oprogramowanie będą zawsze. Jak zejdziemy do podziemia, to ceny pójdą w górę, czyli więcej zarobię. To tak samo jak z prohibicją - handlarz wydawał się być całkiem zadowolony z uchwalenia ustawy. Rynek na nielegalne oprogramowanie będzie istniał tak długo, dopóki będą na nie klienci (czytaj: programy legalne będą relatywnie drogie) i nie zmieni tego żadna ustawa. Trzeba mieć świadomość, że może ona tylko ograniczeniczyć rozmiary pewnego zjawiska. Najważniejsza będzie zmiana mentalności i percepcji społecznej w odniesieniu do kradzieży oprogramowania, a to może potrwać długo.

Na razie giełda trzyma się mocno, a różnej maści handlarze zbijają krocie na sprzedaży kradzionego oprogramowania, pozostając absolutnie poza kontrolą urzędów finansowych. Czy ktoś próbował kiedyś oszacować wartość obrotów na giełdzie przy Grzybowskiej? Jestem przekonany, że są to sumy na tyle znaczące, że gdyby trafiła do rankingu polskich firm komputerowych, to by na niej zajęła dość wysoką pozycję.


TOP 200