Być jak sędzia w ringu

Z Markiem Rusinem, wiceprezesem Urzędu Regulacji Telekomunikacji, rozmawiają Przemysław Gamdzyk i Sławomir Kosieliński.

Z Markiem Rusinem, wiceprezesem Urzędu Regulacji Telekomunikacji, rozmawiają Przemysław Gamdzyk i Sławomir Kosieliński.

Czy można Pana nazwać "szeryfem" polskiego rynku telekomunikacyjnego?

Nie, raczej sędzią w ringu. "Boksują się" uczestnicy gry rynkowej - operatorzy, dostawcy usług, konsumenci. URT ma obserwować, czy przestrzegają założonych reguł gry - ustawy Prawo tele- komunikacyjne i przepisów wykonawczych, stanowionych przez Ministerstwo Łączności. Natomiast URT ma trzy zadania: musi kierować dostępem do rynku, nadzorować działalność operatorów i kontrolować przestrzeganie prawa.

Kiedy URT wkroczy na ring? Weźmy dla przykładu międzymiastowe połączenia telefoniczne. Telekomunikacja Polska SA pod pretekstem prowadzenia negocjacji handlowych robi wszystko, żeby opóźnić wejście innych operatorów na ten rynek. Dodajmy operatorów, którzy już dawno otrzymali stosowne koncesje. Dlaczego URT nic nie robi w tej sprawie?

Dlaczego panowie z góry zakładają, że TP SA ma złe intencje?

Wcale nie ma złych intencji. Działa w swoim dobrze pojętym interesie, w którym leży ograniczenie możliwości działania konkurencji.

Nie wyobrażam sobie, żeby TP SA chciała świadomie łamać prawo. Operator ten powinien już zdawać sobie przecież sprawę z tego, jak ważną rzeczą jest image firmy. Do tej pory URT nie miał możliwości podjęcia interwencji z przyczyn formalnych. Dopiero 28 lutego zostało wydane zezwolenie telekomunikacyjne, czyniące z TP SA operatora publicznego. To zresztą historyczna chwila. Od tej pory ten operator działa na tych samych zasadach, co wszyscy pozostali uczestnicy rynku. Potem potrzebna będzie decyzja prezesa URT o uznaniu TP SA za operatora dominującego, do czego niezbędne jest wydanie stosownego rozporządzenia. Poza tym URT nie może interweniować "z urzędu". Konieczne jest formalne zwrócenie się do nas operatora, który czuje się poszkodowany, o ile nie uczynił tego wcześniej w stosunku do ministra łączności. Ten rok należy traktować jako przejściowy. Ministerstwo Łączności ma przed sobą wiele pracy, żeby przygotować wszystkie akty prawne, będące delegacjami do ustawy Prawo tele- komunikacyjne, zaś URT musi nauczyć się stosować w praktyce zarówno te rozporządzenia, jak i ustawę.

Dzisiaj sytuacja na rynku telekomunikacyjnym w Polsce to wciąż kontrast słonia i mrówek. Mali lokalni operatorzy czują się trochę bezradni. Do tej pory Ministerstwo Łączności nie chciało, czy może nie potrafiło im pomóc w zmaganiach z monopolistą. Jaką nadzieję może dać im URT? Weźmy np. uwolnienie pętli lokalnej, stanowiące jeden z zapisów ustawy. Do tej pory niejednokrotnie okazywało się, że mały lokalny operator, mimo formalnego braku przeszkód, w praktyce nie mógł dostać się ze swoimi urządzeniami na centralę telefoniczną. A bez tego nie da się uwolnić pętli lokalnej.

TP SA nie chce tanio sprzedać swojej skóry i nic dziwnego, że się broni, stosując wszystkie dopuszczalne środki prawne. Operatorom pozostaje odwołanie się do URT i arbitraż. Mój urząd ma do dyspozycji skuteczne narzędzia prawne, których wcześniej nie miało Ministerstwo Łączności. Ponadto dopiero teraz znikły w praktyce ograniczenia URT wynikające z prywatyzacji TP SA. Niestety, procedury administracyjne, wliczając w to wszystkie możliwe odwołania od decyzji, mogą trwać długo.

Czasem nie rozumiem Telekomunikacji Polskiej SA. Wykorzystanie linii abonenckich przez użytkowników sieci TP SA nie przekracza 1%. Operator ten, nie kiwając palcem, mógłby dodatkowo zarobić, dopuszczając inne firmy do świadczenia usług na tych liniach (np. dostępu do Internetu). TP SA nie jest w stanie wykorzystać wszystkich możliwości swej sieci, bo jest uwikłana w wiele innych problemów związanych z rozbudową i jej modernizacją. Nie można działać już na zasadzie Zosi-Samosi.


TOP 200