Brakuje tylko orderów

Zawsze bardzo mnie cieszyło i intrygowało, gdy mogłem wysłuchać opinii osób, które chciały zrewolucjonizować świat, nawet gdy się z nimi nie zgadzałem. Warunkiem był jednak ich idealizm.

Zawsze bardzo mnie cieszyło i intrygowało, gdy mogłem wysłuchać opinii osób, które chciały zrewolucjonizować świat, nawet gdy się z nimi nie zgadzałem. Warunkiem był jednak ich idealizm.

Informatycy pracujący w przedsiębiorstwach, bankach, administracji są rozdarci przez dwa sprzeczne pragnienia. Pierwsze pragnienie rodzi się ze świadomości - rosnącej! - wielkiego znaczenia komputerów i informatyki dla funkcjonowania ich firm czy urzędów. Informatycy uważają, że jako ludzie władający tymi pomocnymi maszynami powinni wreszcie doczekać się stosownego szacunku, miejsca w hierarchii i wynagrodzenia. Wiedzą, że w pojedynkę trudno wywalczyć swoje, marzą więc o jakimś klanie, cechu albo specjalnych klauzulach dopuszczających do zawodu. Z drugiej jednak strony, informatycy są prostolinijnymi inżynierami, dla których informatyka jest pasją niekiedy nie tylko zawodową, ale i życiową. Swoją pracę chcą wykonywać po prostu rzetelnie i w dobrych warunkach. Wszystko ponadto jest dla nich uciążliwe i nieciekawe. Domaganie się specjalnych uprawnień traktują jak fanaberię zblazowanych kolegów po fachu, sztuczkę w celu ukrycia niekompetencji lub lenistwa.

Kto ma rację? Co dominuje w środowisku polskich informatyków: chęć awansu czy pasja zawodowa, życzliwość czy snobizm, poczucie wartości czy krzykliwość, kompetencja czy improwizacja? Prezentujemy kilka opinii. Są różne, ale wszystkie ogromnie wypełnione emocjami, ironią albo humorem. Czy uda się z nich wyłuskać cechę wspólną dla całego środowiska?

Zaprezentowaliśmy już opinie Jakuba Chabika, Piotra Kowalskiego, Bogdana Pilawskiego, Rafała Gęślickiego, Piotra Fuglewicza i Borysa Stokalskiego. Dziś nad problemem zastanawia się Ludwik Maciejec.

Zapraszamy do dyskusji.

Redakcja

Czytam dużo różnych tekstów, w tym zdarzają się niektóre nieco odbiegające od normy. Do tej kategorii zaliczyłbym tekst Jakuba Chabika "Jak stworzyć informatyczny kartel" (Computerworld nr 30/98). Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest to apokryf - tekst mający wykazać, iż przeciętny człowiek parający się informatyką w pełni zasługuje na miano dość obelżywe "informatołka", co jest ekwiwalentem popularnego określenia niemieckiego fachman idiot. Jeśli jednak jest to prowokacja, mająca na celu wywołanie spontanicznego okrzyku: "Ależ skąd, to fantastyczni ludzie", to powinna być zrobiona nieco bardziej inteligentnie. A teraz uzasadnienie tej dość kontrowersyjnej tezy z pozycji "adwokata diabła". Jestem bowiem obrońcą tezy przeciwnej niż autor w swojej prowokacji.

Autor i jego koledzy po fachu są najlepsi na świecie. Każdy ma prawo sądzić o sobie, co tylko uważa. Dobrze by jednak było, aby tę wyjątkowość zauważyli i zaakceptowali inni. Publiczne wymuszanie uznania tego faktu może spowodować, że ktoś kogoś uzna za kabotyna.

Jesteśmy pracowici i dobrze wykształceni, i pracujemy więcej niż inni. Stare powiedzenie mówi, że: "robota lubi niekoniecznie mądrych". Mądrość polega na uzyskaniu efektu możliwie małym nakładem wysiłku. Ponadto z kwalifikacjami też bywa bardzo różnie, a umiejętność kodowania programów w kilku językach jeszcze o wielkich umiejętnościach nie świadczy. Wymaga osobowości i kwalifikacji na tym samym poziomie, co od młodszego księgowego, który dekretuje dokumenty.

Znajomość języków obcych, a konkretnie angielskiego przez informatyków zwykle pozostawia wiele do życzenia. Inne języki obce zwykle nie są znane. Sytuacja zaczyna się poprawiać w najmłodszym pokoleniu.

Ktoś opracowuje software, który wspomaga pracę tysięcy ludzi. Niestety, dotychczas niezwykle rzadko są to nasi informatycy. Oprogramowanie jest importowane. Powoli zaczyna się to zmieniać, jednak nie na tyle, by można było już wypinać pierś do orderu.

Dbałość o sieci teleinformatyczne jest zajęciem godnym, ale w czym lepszym niż obsługa telefonicznej centralki elektronicznej? Tak że i tu nie ma się czym obecnie specjalnie chlubić.

Dlatego proponuję, aby czyszczenie klapy marynarki Sidolem (niemodny odpowiednik wywabiacza do plam Ache) w tym miejscu, gdzie powieszą nam order, nie było naszym priorytetowym zajęciem.

Zawsze bardzo mnie cieszyło i intrygowało, gdy mogłem wysłuchać opinii osób, które chciały zrewolucjonizować świat, nawet gdy się z nimi nie zgadzałem. Warunkiem był jednak ich idealizm. Omawiany przykład nie należy do tej kategorii. Może to kwestia formy, ale ja tu wyczuwam zwykłą zachłanność i zazdrość, podobnie jak to określił dla życia politycznego jeden z panów Kaczyńskich "a teraz k... my!"


TOP 200