Bo gdy Titanic tonął...

Niespełna cztery lata temu w siedzibie Głównego Urzędu Ceł strzeliły korki od szampana na wieść, że premier Waldemar Pawlak zatwierdził wybór niemieckiej firmy CGK na wykonawcę ogólnopolskiego systemu informatycznego administracji celnej. Nikt nie przeczuwał wtedy, że projekt o wartości 150 mln DEM zakończy się całkowitą katastrofą.

Niespełna cztery lata temu w siedzibie Głównego Urzędu Ceł strzeliły korki od szampana na wieść, że premier Waldemar Pawlak zatwierdził wybór niemieckiej firmy CGK na wykonawcę ogólnopolskiego systemu informatycznego administracji celnej. Nikt nie przeczuwał wtedy, że projekt o wartości 150 mln DEM zakończy się całkowitą katastrofą.

Od początku gonił ich czas. W dwa miesiące przygotowano specyfikację przetargową. Określono, czego GUC oczekuje od systemu informatycznego i w 1000-stronicowej dokumentacji zawarto wszystko, co opisuje administrację celną w Polsce. Następnie zorganizowano przetarg, w którym jeszcze przed wejściem w życie ustawy o zamówieniach publicznych kierowano się wskazaniami, zawartymi w jej projekcie. Była więc wieloetapowość i punkty za założenia, specyfikację techniczną i cenę. Była też lista, na której znalazły się dwie znane i jedna nieznana firma. Wybrano tę nieznaną, ponieważ obiecała, że opracuje system w ciągu dwóch lat i za swoje pieniądze. Wybrano ją, gdyż miała poparcie dużego koncernu. Wybór zaakceptował prezes GUC, ministrowie w trybie obiegowym i premier na ostatnim posiedzeniu swojego rządu.

Później zaczęto pisać oprogramowanie. Pisano je tysiąc kilometrów od Warszawy, przesyłano do Polski, gdzie było tłumaczone, a następnie oglądane przez celników. Im jednak system od początku nie podobał się. Zgłaszali więc swoje uwagi, mnożyli żądania. W rok po podpisaniu umowy GUC miał otrzymać "mały" system, na którego przykładzie miano zbudować jego "dużą", ogólnopolską wersję. Nie otrzymał go jednak nawet w 2 lata później, więc wystawił rachunek z tytułu kar umownych na prawie 1 mln DEM.

Wykonawca nie zapłacił, przedstawiając dokumenty dowodzące, że celnicy eskalowali żądania. GUC na oskarżenia nie odpowiedział i firma przestała praktycznie pracować nad oprogramowaniem.

Dzisiaj piąty już prezes Głównego Urzędu Ceł, który miał do czynienia z systemem i jego wykonawcą, zwolnił ostatnich pracowników, pamiętających przetarg sprzed 4 lat. 150 mln DEM nigdy nie trafiło do kieszeni wykonawcy.

...to też orkiestra grała

Główny Urząd Ceł był od zawsze instytucją "podejrzaną". Liczba kontroli wewnętrznych i zewnętrznych od początku lat 90. sięgała kilku rocznie i wielu wyższych rangą funkcjonariuszy urzędu poświęcało co najmniej godzinę dziennie na pisanie różnego rodzaju raportów i odpowiedzi na pytania kontrolerów.

W roku 1991, kiedy do GUC weszli Holendrzy z Coopers & Lybrand, pytań również było co niemiara. Ze środków Funduszu PHARE Coopers & Lybrand, firma konsultingowa z tzw. Wielkiej Szóstki miała przygotować m.in. feasibility study (studium wykonalności) systemu informatycznego GUC. "Niektórzy myśleli, że Coopers & Lybrand ma opracować system. Zaczęły się więc sypać zewsząd oskarżenia, że zatrudniliśmy zbyt drogą firmę, iż nie zna ona specyfiki polskich ceł" - wspomina "łącznik" między GUC a holenderską spółką, pragnący zachować anonimowość.

Za ok. 1 mln USD Holendrzy przygotowali raport, który nie odpowiadał wprost, jak informatyzować administrację celną, ale przedstawiał kilka rozwiązań i zaleceń, które mogłyby zostać wykorzystane przy opracowaniu strategii informatyzacji urzędu. Jednym z nich było ograniczenie liczby urzędów celnych z 300 do 60. Zdaniem Holendrów, odpowiednio przygotowane byłyby w stanie odprawiać wszystkie towary, przekraczające polskie granice.

Coopers & Lybrand wskazał jednak po raz pierwszy, co nigdy nie zostało wykorzystane, że na pewno nie należy kupować komputerów do obsługi bałaganu. Zmienił się jednak szef urzędu, pełniącym obowiązki prezesa został Mariusz Jakubowski i raport poszedł w zapomnienie.

Na pytanie dlaczego, Janusz Lucow - wiceprezes GUC za Ireneusza Sekuły - odpowiada wprost: - "Holendrzy proponowali reorganizację, a my otrzymaliśmy zadanie komputeryzacji". Informatycy - zdaniem Janusza Lucowa - nie byli władni podejmować decyzji wskazanych w holenderskim raporcie, gdyż były to decyzje polityczne.

Dowódca miał do końca koszulę śnieżnobiałą

"Któregoś dnia wieczorem zadzwonił do mnie Ireneusz Sekuła z propozycją objęcia funkcji wiceprezesa GUC. Zgodziłem się po trzecim, osobistym spotkaniu" - opowiada w 4 lata później Janusz Lucow. Już podczas tych spotkań padło stwierdzenie, że należy informatyzować urząd.

Tandem - Ireneusz Sekuła i Janusz Lucow - nie był przypadkowy. Ówczesny prezes GUC, jako szef Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, miał na koncie uruchomienie w ciągu kilku miesięcy 1984 r. systemu komputerowego do obsługi wypłat rent i emerytur. Janusz Lucow 1 lipca 1985 r. dał sygnał do startu systemu , ewidencjonującego obywateli PRL, który z drobnymi zmianami działa do dziś. Obaj chcieli w ciągu roku zamówić system komputerowy, który umożliwiałby usprawnienie zarówno odpraw czasowych, jak i ostatecznych.