Bo gdy Titanic tonął...

A para szła za parą w tan

Kiedy Ireneusz Sekuła i Janusz Lucow zaczęli myśleć o komputerach, w kraju działało kilkanaście aplikacji wspomagających pracę celników. Oprogramowanie dla kilku do kilkunastu komputerów powstawało samorzutnie i najczęściej ograniczone było do jednego urzędu celnego. Ireneusz Sekuła i Janusz Lucow chcieli, aby jednorodny system obejmował wszystkie urzędy i agencje celne w Polsce, a informacje raz wprowadzone w Ogrodnikach były dostępne np. w Zgorzelcu i centrali urzędu przy warszawskiej ulicy Świętokrzyskiej. System miał odpowiadać na takie pytania, jak np.: kto, kiedy i kogo odprawił na granicy; jaka była wartość towaru i kto go przewoził. W pierwotnym zamyśle OSIAC (Ogólnopolski System Informatyczny Administracji Celnej Rzeczypospolitej Polskiej) miał odpowiadać nawet na pytanie, ile tirów w poniedziałek jedzie tranzytem przez Polskę.

Ireneusz Sekuła i Janusz Lucow zdawali sobie sprawę, że wraz z powstaniem OSIAC-a polskie cła staną się przejrzyste, a ci, co je nakładają, bardziej wiarygodni.

Jednak te przemyślenia nie były przekładalne na język zapytania ofertowego, w którym zaledwie kilka stron zostało poświęconych celom projektu, a resztę stanowiły przepisy i analiza statystyczna, przygotowana na podstawie ankiet rozesłanych do urzędów celnych w całej Polsce. "Wiedzieliśmy, co chcemy mieć, ale nie mieliśmy własnego potencjału wykonawczego - twierdzi Krzysztof Gliński, członek komisji przetargowej GUC. - Miałem nadzieję, że gdy wejdzie w życie nowy kodeks celny, nowa taryfikacja to wszystko się zmieni".

Janusz Lucow po 4 latach mówi o celach projektu trochę inaczej. "W dokumentacji nie definiowaliśmy szczegółowego rozwiązania, ale opisywaliśmy administrację celną. Chcieliśmy usprawnienia aparatu celnego, uszczelnienia granic, kontroli i systemu działającego w czasie rzeczywistym". GUC chciał także - o czym mówi Barbara Rapacka-Zimny, wówczas dyrektor departamentu informatyki i statystyki - by urząd nie uzależniał się już na początku od konkretnej technologii. "Chcieliśmy dać sygnał potencjalnym wykonawcom do przedstawienia własnych pomysłów" - wspomina dyrektor departamentu informatyki i statystyki.

Od początku GUC myślał o zabezpieczeniu interesów polskiej strony. "Mieliśmy za sobą doświadczenia Poltaxu i nie chcieliśmy, aby przez niedopatrzenie lub brak staranności na budowie systemu informatycznego ucierpiał budżet państwa" - twierdzi Barbara Rapacka-Zimny.

Wieczorny telefon Ireneusza Sekuły do Janusza Lucowa spowodował, że założenia systemu tworzyli ludzie z PESEL-a. Z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przyszli Janusz Lucow i Barbara Rapacka-Zimny, późniejsza dyrektor generalna GUC i przewodnicząca komisji przetargowej. Przyszły też 2 programistki. Wielu starych pracowników urzędu twierdzi, że podczas gdy wiceprezesowi, któremu podlegał departament statystyki i informatyki nie brakło inteligencji, to ludziom z departamentu aż nadto stawało arogancji. Ci pracownicy, którym szefowała Barbara Rapacka-Zimny, w ciągu dwóch miesięcy przygotowali 1000-stronicowe zapytanie ofertowe.

To też był pełen szpan

W rzeczywistości zapytania były dwa. Jedno na OSIAC, a drugie na "System zautomatyzowanej kontroli przewozów towarowych".

Jednak ten drugi, który określano mianem satelitarnego monitoringu tranzytu samochodowego, nigdy nie doszedł do skutku, gdyż - jak mówi Barbara Rapacka-Zimny - wybiegał zbyt daleko w przyszłość. Za dokumentację OSIAC każdy z dostawców musiał zapłacić 20, a za monitoring 10 mln starych zł.

"Kiedy przegląda się dzisiaj 1000 stron dokumentacji, ma się nieodparte wrażenie, że departament włożył w zapytanie tyle, ile mógł, by nikt mu później nie zarzucił, że coś pominął. Jest to endemiczne w sektorze publicznym schorzenie, polegające na informatyzowaniu wszystkiego, co można, a nie tylko tego, co warto" - mówi Krzysztof Komorowski z firmy Positive SA, którą w 1996 r. prezes GUC Mieczysław Nogaj wynajął do audytu OSIAC-a. "Z całą pewnością mogę stwierdzić, że było to dobre zapytanie ofertowe" - mówi dziś Barbara Rapacka-Zimny.

Jednak powoływanie 14 kwietnia 1994 r. komisji przetargowej miało - jak twierdzą jej członkowie - sens tylko wówczas, gdyby urzędowi udało się "przepchnąć" przez rząd i parlament autorski projekt kodeksu celnego. Miał on obowiązywać od 1 stycznia 1996 r., a wszedł w życie 2 lata później.