Blokowanie internetu przeciwko blokowaniu internetu

Atak na serwery rządowe pod pretekstem walki z porozumieniem ACTA to marna strategia walki o otwartość informacyjną. Rząd musi się zastanawiać, jak się zabezpieczyć przed hakerami.

Mechanizm protestu przeciw ratyfikowaniu przez Polskę porozumienia ACTA dobrze ilustruje paradoksalne trudności komunikacyjne, dławiące rozwój internetowej demokracji. Zainteresowani, którzy nie czytali ACTA, nie mogą wyrobić sobie własnego zdania, ponieważ wojujący z ryzykiem cenzury w internecie blokują dostęp do serwera, gdzie dokument ten ujawniono. Na dodatek próba kolejnego kliknięcia na link Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego prowokuje nerwową reakcję ministerialnego serwera, który pokazuje automatycznie ostrzegawczy komunikat, że nasza ciekawość została zinterpretowana jako udział w ataku.

Zbyt głębokie źródła

Usłużnie przetworzone informacje oferuje kilka organizacji, np. fundacja Panoptykon, zachęcając, aby przyłączyć się do protestu, spamując europosłów listami i wzywając do ulicznych demonstracji. Dowiadujemy się o skandalicznym spisku, za którym mają stać amerykańskie koncerny, a strona startowa fundacji będącej jedną z ostatnich, która może narzekać na brak bezpośrednich kontaktów z rządem, jest efektownie zaciemniona, aby podkreślić niecny charakter rządowych knowań.

Zobacz również:

Przeczytanie ACTA ze zrozumieniem może nie być wcale łatwe, bo jest to dokument napisany trudnym językiem porozumień międzynarodowych, które próbują godzić wiele różnych systemów prawnych. Jednak nawet ci, których łatwość dostępu do niezmierzonych zasobów informacyjnych internetu przyzwyczaiła do korzystania w nauce i pracy wyłącznie z bryków, opracowań i skrótów, powinni zauważyć, że ponadczteroletnie negocjacje ACTA dotyczyły obrotu wszelkimi produktami naruszającymi prawa własności intelektualnej lub przemysłowej, a nie tylko prawdziwego lub domniemanego piractwa w internecie. Rynek podróbek znanych, wiarygodnych marek ma niebagatelny wymiar ekonomiczny i nie sposób go lekceważyć, bo podrabiane, powszechnie rozpoznawane marki, to z reguły firmy "starego świata", do którego się zaliczamy.

Podrabia się wszystko, począwszy od t-shirtów, po układy scalone. Kolejni renomowani producenci przemysłowi, których znamy od niepamiętnych czasów, upadają, bo nie wytrzymują konkurencji z tanimi wytwórcami, kopiującymi bez skrupułów cudzy dorobek. Mają wkalkulowane odszkodowania za naruszenia patentów, za które może trzeba będzie zapłacić kiedyś, po wielu latach procesów sądowych. Porozumienia o wolnym handlu utrudniają tworzenie barier wobec państw, które korzystają z taniej produkcji przemysłowej. Konsumenci chcą i mają prawo kupować tanio, ale mają takie samo prawo oczekiwać gwarancji jakości, którą zapewnia wiarygodny producent. Interesy producentów muzycznych i filmowych to tylko fragment tych globalnych interesów, tyle że najgłośniejszy.

Oporni na zmiany

Jak tu jednak nie wietrzyć spisku, jeżeli międzynarodowe negocjacje w sprawie ACTA prowadziło nie ministerstwo gospodarki, tylko ministerstwo kultury, które w ogóle nie próbowało się tłumaczyć z zarzutu ukrywania polskiego stanowiska.

Nie sposób bronić globalnych interesów organizacji zarządzających prawami autorskimi do muzyki i multimediów, prasy, książek. Stanowczo zbyt długo opierają się przed rzeczową debatą o nowych modelach oferowania treści, które pogodzą oczekiwania konsumentów z bezpieczeństwem ekonomicznym twórców. Gimnastykują się w prawniczych podstępach, aby forsować w kolejnych państwach restrykcyjne działania organów ścigania, często niewspółmierne do szkodliwości tego, co robią kolekcjonerzy plików.

Do prawa przemycane są przepisy ułatwiające penalizowanie domniemanych naruszeń praw autorskich, bez należytej debaty publicznej, chociaż sprawa dotyczy wszystkich konsumentów. Porozumienie ACTA to nie pierwszy przykład, kiedy wysunięto podejrzenie, że ograniczenia są inspirowane przez korporacje medialne. Podejrzenie to jest tym bardziej uzasadnione, ze negocjacjom - ze względu na wrażliwy charakter gospodarczy - nadano charakter poufny.

Nastroje rewolucyjne

Świat, wbrew pozorom, nie dzieli się w prosty sposób na zwolenników i przeciwników karania organizatorów serwisów wymiany plików. Protestujący przeciwko ograniczeniu swobody wymiany plików w internecie niekiedy zbyt łatwo przechodzą do ogólnych manifestów politycznych, mówiąc o ograniczeniu prywatności, swobód obywatelskich. Mnóstwo ludzi nie dowierza wybranemu w demokratycznych wyborach rządowi, zakładając, że politycy i urzędnicy nie mogą być ani kompetentni, ani uczciwi. Brak zaufania do władzy gromadzi ich wokół wiary w opinie tzw. niezależnych organizacji w serwisach społecznościowych. Jest widocznie socjologicznie coś magicznego w kliknięciu "lubię to" na Facebooku. Czy instytucja państwa jest z samej definicji niereformowalna? Czy każde państwo chce oszukać, podsłuchać, zablokować, spętać, by łatwiej rządzić?

Razem temu zaradzimy, dzisiaj zwołując się w internecie, jutro wychodząc na ulicę. Budzi się świadomość rewolucyjna. Brak w niej chyba refleksji, czemu wśród sygnatariuszy porozumienia ACTA nie ma takich "liderów swobód obywatelskich", jak Chiny czy Rosja. Tymczasem atak protestujących uderzył w powstałe niedawno Ministerstwo Cyfryzacji, gdzie znaleźli się ludzie, którzy deklarują, że zreformują administrację, aby budować otwarty rząd. Obywatel powinien mieć możliwość bezpośredniego wglądu w proces legislacyjny i decyzyjny, kolejne dokumenty, korespondencję uzgodnień międzyresortowych. To znaczy, mógłby mieć, jeżeli nie będzie to dzień akcji blokowania rządowych serwerów.

W potyczkach światopoglądowych akcja zwykle budzi reakcję. Otwartość informacyjna rządu zakłada użycie narzędzi mediów społecznościowych, które są w otwartej debacie użyteczne, jeżeli zostaną poważnie potraktowane. Dzisiaj zablokowano nie rządowi, ale zwykłym ludziom dostęp do bezpłatnej informacji legislacyjnej. Brak zaufania prowadzi dyskusje donikąd. Już teraz pojawiają się bzdurne, ale brzmiące całkiem poważnie głosy, że rząd powinien wycofać się ze współpracy z komercyjnymi usługodawcami, bo rzekomo nie potrafią oni zapewnić bezpieczeństwa. Spirala nieporozumień się rozkręca.