Bez ironii

Komórka zmienia pejzaż ulicy. Nieraz wpadam w zadumę, co pomyśleliby o nas - komórkowcach ludzie dziś już w zaświatach przemierzający te same ulice jeszcze 20 lat temu. Otóż pomyśleliby niechybnie, że te przepływające ulicami potoki ludzi gadających i śmiejących się do jakiegoś pudełka ogarnęło szaleństwo, zbiorowa insanitas. Pewnie niejeden z nas nabrał się przynajmniej raz na uśmiech dziewczyny, który był adresowany do komórki. Jakież rozczarowanie.

Komórka zmienia pejzaż ulicy. Nieraz wpadam w zadumę, co pomyśleliby o nas - komórkowcach ludzie dziś już w zaświatach przemierzający te same ulice jeszcze 20 lat temu. Otóż pomyśleliby niechybnie, że te przepływające ulicami potoki ludzi gadających i śmiejących się do jakiegoś pudełka ogarnęło szaleństwo, zbiorowa insanitas. Pewnie niejeden z nas nabrał się przynajmniej raz na uśmiech dziewczyny, który był adresowany do komórki. Jakież rozczarowanie.

Po wynalezieniu lampy naftowej (to jak dotychczas nasz największy wkład do rozwoju społeczeństwa informacyjnego - co piszę bez ironii) siedzenie i czytanie/pisanie wypełniało ludziom długie wieczory. Jeszcze bardziej przyczyniła się do takiego stylu spędzania wolnego czasu żarówka, oczywiście tylko do czasu upowszechniania się telewizji. Dziś komórka znowu zmienia ten styl - promuje chodzenie-gadanie. Walkie-talkie, czyli chodu-gadu, to zmiana kulturowa.

Myślę, że w przyszłości ludzie będą rozmawiać z komórką, radzić się jej. Dla przyszłego pokolenia będą one - same już następnej generacji - psychoterapeutami, doradcami personalnymi, coachami, zabawiaczami (takimi zresztą już są), będą nas chwalić albo ganić, gdy zrobimy coś dobrze lub źle. Będą naszym intymnym małym światem. To kwestia odpowiedniego oprogramowania. Zapewne w wielu sytuacjach będzie to jedyna szansa pogadania z kimś inteligentnym. Puśćmy dalej wodze fantazji: czy kiedyś nie będziemy naszym komórkom udzielać pełnomocnictw (na przykład do zeznawania przed jakąś komisją śledczą). Wiem, wiem - będzie opór instytucji, prawa. Ewolucja w tym kierunku jest jednak nieuchronna. Już dziś mamy coś takiego, choć jest to jeszcze prymitywne - to usługa typu tell your agent to call my agent. A dlaczegóż to nie modlić się przez komórkę. Za kontakt z Panem Bogiem nie trzeba płacić roamingu, a tylko jak za połączenie lokalne. Rynek oferuje już usługi, które niejednego mogą zbulwersować: pośmiertny e-mail do rodziny, przyjaciół czy wrogów. To samo można zrobić z komórki, nadto żywym głosem.

Kazimierz Krzysztofek k.krzysztofek@chello.pl

Kazimierz Krzysztofek k.krzysztofek@chello.pl

Psychologia Internetu zbadała zjawisko nazwane rozhamowaniem sieciowym. Chodzi o łatwe dawanie upustu agresji, za którą nie grozi natychmiastowa kara. To samo zjawisko można odnieść do komunikacji przez komórkę. Dzięki niej łatwo zerwać z dziewczyną/chłopakiem. Nie ma już takiej aury tajemniczości: przyjdzie/nie przyjdzie na randkę. Zawsze można wydzwonić. Jeśli jego/jej komórka milczy, to znaczy, że jest jakaś afera.

Mówi się dużo o uzależnieniu od komórki. Często objawia się ono tym, że intensywni jej użytkownicy tracą kompetencje komunikacyjne w kontaktach face to face i nie są w stanie załatwić najprostszej sprawy w urzędzie; a przez komórkę odnajdują w sobie nadzwyczajne umiejętności porozumiewania się i wywierania wpływu na ludzi. Komórka ponosi pewną część winy za nieśmiałość w kontaktach bezpośrednich (ponoć już jest w sprzedaży lek na nieśmiałość: interes musi się kręcić).

To ludzka rzecz pogadać - głosi znany slogan reklamowy. Otóż to; chodzi o eksploatację tej silnej ludzkiej potrzeby; na tym się najwięcej zarabia, bo infrastruktura komunikacyjna musi być jak najbardziej rentowna. Puste przebiegi kosztują. Ktoś powie, że chodzi o zwykłą paplaninę, a nie o wartościową komunikację. Prawda leży pośrodku. Oczywiście na paplaninie się zarabia, ale w ten sposób buduje się sieci społeczne. Badania nad różnicami w zachowaniach komunikacyjnych kobiet i mężczyzn pokazują, że wdzięcznym klientem są kobiety: one potrzebują dużo kontaktów, raczej do budowania więzi, wspólnoty, niż wymiany suchej informacji. Inaczej niż mężczyźni, dla których ważna jest wymiana użytecznych informacji, zaznaczanie hierarchii, statusu, chwalenie się sukcesami.

Ta paplanina bywa dokuczliwa, kiedy na jej wysłuchiwanie jesteśmy skazani np. w przedziale wagonu. Myślę sobie wtedy, że po pozbyciu się palaczy z miejsc publicznych ten sam los spotka nałogowych komórkowców. Trzeba ich będzie odizolować. Jeśli ktoś zechce sobie pogadać, to będzie musiał to zrobić w specjalnym przedziale. Może też się komuś nie spodoba gadanie na ulicy; wtedy trzeba będzie przywrócić budki telefoniczne, w których będą mogli sobie pogaworzyć.

Koszty połączeń kiedyś radykalnie stanieją. Boję się, że wtedy ludzie, nie musząc oszczędzać na połączeniach komórkowych, będą oszczędzać na komórkach mózgowych. Oczywiście, porozumiewajmy się komórkami, ale nie zaniedbując szarych. Tyle, że tych drugich trzeba mieć dużo.

Jako przedłużenie naszych możliwości komunikacyjnych komórka jest potęgą. Przenosi energię z instytucji w sferę działania społecznego. Mamy o wiele większe możliwości wywoływania działań ludzkich. Przed epoką komórkową kontaktowaliśmy się z ludźmi przez ich instytucje i domy. To byli gatekeeperzy. Dziś możemy dotrzeć do wielu ludzi bez żywego pośrednika. Wiadomości, plotki itp. rozchodzą się już nie z ust do ust, lecz z komórki do komórki.

Wchodzimy w cell society; każdy będzie miał swoją komórkę w globalnym plastrze jak w ulu. Od prawdziwego plastra tym się to będzie różnić, że cele nie będą identyczne, pięciokątne, a w wielu różnych figurach. Bo każdy chce być sobą i się różnić od innych.

Na przykład dzwonkiem. Do niedawna popisywano się wymyślnymi dzwonkami, ale dziś one już nikogo nie szokują. Kiedy wybór dzwonków był niewielki, często się powtarzały. Zabawne były te sceny w kawiarni, gdy wszyscy panowie łapali za komórkę, bo nie dało się rozpoznać swojego dzwonka. Dziś dzwonki polifoniczne są tak dalece spersonalizowane, że z tym nie ma już problemu. Dzwonek stał się częścią tożsamości bez względu na płeć. Dziś w kawiarni, w której piszę ten felieton, rozbrzmiewają co prawda tylko kolędy z komórek, ale jest to za to cała kakofonia najróżniejszych kolęd i pastorałek. Rozpoznałem w komórce pewnego pana melodię "Ach, ubogi żłobie, cóż ja widzę w tobie". Ciekawe, kto dzwonił?

Już tego nie dociekam; kończy mi się czas parkingowy. Nikt w Warszawie nie pomyślał, żeby można było załatwić tę sprawę przez komórkę. Ile jest przez to stresu, kiedy się goni do samochodu, żeby zdążyć przed upływem czasu parkowania. I jaka ulga, że za wycieraczką wdzięczy się jakaś kolorowa Lolita. Jakżeż ona jest atrakcyjna w porównaniu do druczku straży miejskiej, na którym niestety nie ma żadnych cieszących oko obrazków, a tylko cyferki - ale cóż, w końcu żyjemy w epoce cyfrowej...


TOP 200