Bez gotowych recept

Z tego, że e-learning nie jest panaceum na wszystkie kłopoty szkoleniowe zdali już sobie sprawę menedżerowie odpowiedzialni za szkolenie kadr. Czas, by uświadomili to sobie również dostawcy technologii i usług, którzy często widzą w nim kurę znoszącą złote jajka.

Z tego, że e-learning nie jest panaceum na wszystkie kłopoty szkoleniowe zdali już sobie sprawę menedżerowie odpowiedzialni za szkolenie kadr. Czas, by uświadomili to sobie również dostawcy technologii i usług, którzy często widzą w nim kurę znoszącą złote jajka.

Mimo iż e-learning nie jest pomysłem nowym, na razie nie doczekaliśmy się wielu kompleksowych wdrożeń systemów wspomagających nauczanie na odległość. W niczym nie umniejsza to jednak popularności tej koncepcji. E-learning, podobnie jak CRM czy SCM, stał się w ciągu ostatnich dwóch lat jednym z najmodniejszych słów-kluczy, za pomocą których można opisać przyszłość firm. Zdaniem wielu autorytetów, systemy wspomagające nauczanie mają już w niedalekiej przyszłości stać się źródłem ogromnych oszczędności, a także czynnikiem gwarantującym szybki rozwój kadr i sukces rynkowy przedsiębiorstw. Można wręcz odnieść wrażenie, że dla wielu specjalistów e-learning stał się "lekarstwem na wszystko". Dzięki wdrożeniu systemów wspomagających zdalne nauczanie firmy zaoszczędzą miliony, zapewnią każdemu pracownikowi możliwość rozwoju zawodowego, dostosowanego do indywidualnych potrzeb, i zapobiegną fluktuacji kadr. Jak to zwykle bywa, największymi entuzjastami nowej koncepcji okazują się przedstawiciele firm dostarczających usługi związane z e-learningiem. Szkoda, żeby w tej fali entuzjazmu z pola widzenia zniknęły problemy powstające przy wdrażaniu tego typu systemów.

Pięć minut dla każdego

Koncepcja e-learningu jest na tyle nośna, że świadczeniem usług z nim związanych interesują się nie tylko dostawcy technologii i ośrodki szkoleniowe. Na naszym rynku działa duży międzynarodowy koncern i kilka firm, będących przedstawicielami innych producentów narzędzi do e-learningu. Oprócz nich funkcjonują przedstawicielstwa zagranicznych firm, specjalizujących się w kompleksowych usługach, związanych z edukacją na odległość. O sprzedaży czy udostępnianiu własnych narzędzi myślą niektóre szkoły i uczelnie, którym udało się samodzielnie stworzyć zalążki tego typu systemów i szukają środków na ich rozwój. Tym segmentem rynku interesuje się również kilku polskich integratorów, a także wiele małych firm i ośrodków edukacyjnych (specjalizujących się w kursach zarówno IT, jak i biznesowych), które liczą, że za kilka lat e-learning stanie się pokaźnym źródłem ich przychodów. Nowej formie edukacji z uwagą przypatruje się spora rzesza niezależnych trenerów.

Wszystkie te organizacje szukają dla siebie miejsca na rynku. Niestety, niewiele jest firm, które mają klarowny pomysł, jak wykorzystać swój potencjał. Pozostałe sprawiają wrażenie, jakby liczyły, że popyt na usługi związane z edukacją na odległość będzie na tyle duży, że dla każdej z nich znajdzie się zajęcie. Trudno jednak stwierdzić, na jakiej podstawie odnoszą takie wrażenie, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę obecną sytuację gospodarczą.

Wierzchołek góry

Ta wiara jest zazwyczaj skutkiem niewiedzy. Wiele firm nie zdaje sobie sprawy z tego, jak skomplikowanym zadaniem jest świadczenie usług szkoleniowych, zwłaszcza udostępnianych za pośrednictwem Internetu i intranetów. Do zaprojektowania kursu czy stworzenia oferty szkoleń multimedialnych nie wystarczą wiedza merytoryczna i kilku grafików. Wymaga to dużego doświadczenia dydaktycznego, pomysłowości, a także zmysłu estetycznego.

Jeszcze bardziej skomplikowane jest wdrażanie tego typu produktów u klienta. Musi być ono poprzedzone dokładną analizą jego potrzeb i oczekiwań, która pozwoli na dostosowanie rozwiązania do unikalnej kultury organizacyjnej firmy. Skala i zakres napotykanych problemów są ogromne i nie ograniczają się jedynie do spraw technologicznych.


TOP 200