Artyści i rzemieślnicy

Z Tomaszem Sielickim - dyrektorem Oddziału Warszawa ComputerLand Poland - rozmawia Krystyna Karwicka-Rychlewicz.

Z Tomaszem Sielickim - dyrektorem Oddziału Warszawa ComputerLand Poland - rozmawia Krystyna Karwicka-Rychlewicz.

- Panuje dość powszechna opinia, że polscy informatycy uchodzą w krajach zachodnich za bardzo zdolnych. Czy to prawda, czy tylko legenda?

- Tak, to prawda, ale tak mówi się nic tylko o polskich informatykach. Bardzo dobrą opinią cieszą się również absolwenci innych wydziałów naszych uczelni technicznych: powszechnie bowiem uważa się ich za ludzi dobrze wykształconych. Polski informatyk do wykształcenia dołożył jeszcze własną zaradność, miał bowiem bardzo utrudniony dostęp do sprzętu. Siłą rzeczy poszerzało to horyzonty. Obecnie co najmniej połowa moich kolegów ze studiów pracuje za granicą, głównie w USA, gdzie świetnie sobie radzą.

- Czy dotyczy to tylko absolwentów politechnik? A informatycy po wydziałach uniwersyteckich?

- Są równie dobrze wykształceni i odnoszą sukcesy. Sądzę jednak, że dobrze byłoby, gdyby bardziej doceniali wie dzę na temat hardware'u. System przygotowania kadr informatycznych jest w Polsce zupełnie inny niż np. w USA. Tam są dwa poziomy. Najwyższy poziom reprezentują absolwenci uniwersytetów. Otrzymują oni jednak również spory zasób wiedzy na temat techniki komputerowej, znają się na sprzęcie. Natomiast uczelnie techniczne kształcą tam ludzi o wąskich specjalizacjach Wyraźnie odróżnia się informatyków od programistów. Informatyk to zawsze absolwent wyższej uczelni, programistów natomiast często uczy się programowania na kursach. Informatycy to na świecie dość hermetyczna grupa technokratyczna.

- W Polsce technokrata to pojecie o pejoratywnym zabarwieniu. Często za technokratę uważa się człowieka, który czyni technikę rzeczą nadrzędną nad wszystkim innym, zapomina o służebnej roli techniki...

- To niezupełnie tak. Ja tak nazywam ludzi zamkniętych w pewnym kręgu. Są w stanie rozmawiać tylko na ten temat, a niektórzy informatycy potrafią porozumieć się tylko z komputerem. Tacy są w stanie tworzyć rzeczy genialne. Przyznaję, są to często ludzie na pograniczu szaleństwa Poznałem w Polsce, a przede wszystkim w USA informatyków, którzy są autorami genialnych rozwiązań. To "nawiedzeni": zwichrzony włos, podejmowanie w rozmowie dzie siątki wątków na raz, a komputer w ich opowieściach jawi się jako żywa istota, wręcz ukochana dziewczyna. Stały kontakt z maszyną sprawia, że człowiek zaczyna tracić do niej dystans. Tak jak muzyk traci dystans do fortepianu.

- Ale to właśnie dzięki tym technokratom komputerowym zwykły człowiek w Polsce ma zakodowany wręcz lęk przed komputerem, chociaż nie boi się fortepianu. .

- Nie wiem jak to jest z inny mi. Ja nigdy nie bałem się komputera, od dziecka byłem z nim za pan brat. Myślę, że za późno uzyskujemy w Polsce dostęp do komputera, nie możemy dostatecznie wcześnie się oswoić z innymi wv tworami techniki. W British Museum każdy zwiedzający dział techniki może wszyst kiego dotknąć, naciskać; W Polsce nawet w szkołach wy posażonych w komputery broni się do nich dostępu. Tymczasem dzieci nie mają zahamowań, nie będą ich mieć, gdy dorosną - jeżeli im się umożliwi kontakt z techni ką, odmitologizuje również komputerową.

- Był pan związany z grupą informatyków KARENU. Uważano was za "wunderteam". Czym zasłużyliście sobie na taką opinię?

- Jest mi bardzo trudno o tym mówić, byłem bowiem bardzo z tą grupą związany. Pracowałem tam 6 lat. Gdy stałem się szefem działu oprogramowania -grupa liczyła 10 osób, gdy odchodziłem z tego działu - liczyła już 35 osób. Robiliśmy przede wszystkim gry komputerowe, chociaż były również aplikacje użytkowe, drivery do dysków twardych itp. Gry robiliśmy na rynek amerykański. Początkowo jednym z naszych głównych zleceniodawców była firma SSI (Strategie Simulation Incorporated), która specjalizowała się w grach strategicznych. Później naszym wydawcą stała się firma California Dreams. Zaczęliśmy tworzyć gry, w których kolor, grafi ka i animacja odgrywały dużą rolę.

- Jakie były największe sukcesy tej grupy informatyków z U?

- Chyba największym sukcesem i firmy, i moim osobiście było to, że wydawca musiał się liczyć z naszym zdaniem, że nie byliśmy jedynie wykonawcami zleceń. Nie zawsze tak było, na początku współpracy przysyłano nam dyrektywy. Jedna z naszych gier - BLO-CKUT - została wybrana przez magazyn PC Magazine grą roku. Podobna jest do radzieckiego Tetrisa, była jednak całkowicie przez nas wymyślona, oparta na trójwymiarowych badaniach prowadzonych przez jednego z kolegów. Inna gra - Street Road, bazująca na amerykańskich realiach lat 50., miała wspaniałe . W tamtym okresie - zaczęliśmy w 1985 r. - praca dla amerykańskiego rynku nobilitowała.

- Czy wiązało się to też z lepszym statusem ekonomicznym?

- Oczywiście. Podczas gdy średnia krajowa wynosiła ok. 15 dol. (w roku 1985!) my zarabialiśmy po ok. 45 dol. A przecież dla nas była to pierwsza praca po studiach.

- 15 dol? Przecież, praca informatyków w USA jest dużo wyżej opłacana. A wiec traktowani byliście jak najgorsi wyrobnicy!

- Na początku nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Cieszyliśmy się, że możemy coś robić na amerykański rynek, wywalczyliśmy sobie prawo do podpisywania swoich programów. A to, że zarabialiśmy znacznie mniej od amerykańskich informatyków, wynikało z dwóch powodów. Pierwszy - dobrze, że w ogóle komuś chciało się zamawiać oprogramowanie za oceanem i to w kraju, do którego prawie nie sposób się dodzwonić, gdzie o wysyłkę każdej dyskietki trzeba było staczać boje z urzędem celnym. To podnosiło koszty, siła robocza musiała być więc tania. Druga rzecz - projektowanie gier na amerykański rynek wymagało dobrej znajomości tamtejszych realiów. Myśmy ich nie znali, więc nasza wydajność była niska. Przy grze komputerowej może być wspaniały kod, znakomite oprogramowanie, a mimo to nikogo ona nie zainteresuje. Nie znaliśmy i nie czuliśmy kultury amerykańskiej. Koszty konsultacji przez ocean były też bardzo duże. Poza tym wydawca umożliwiał nam wyjazdy do USA i legalne, czasowe zatrudnienie. Nie! Nie uważam, by nas specjalnie wykorzystywano. Frustrowało nas coś innego: mieliśmy świadomość, że robimy coś bardzo dobrego, co jednak się nie sprzedaje. O powodzeniu na tamtym rynku decyduje bowiem marketing. My natomiast mieliśmy czasem wrażenie, że wydawca nie przykładał do marketingu większego znaczenia, bowiem nasza praca wiele go nie kosztowała.

- Czy w USA informatycy są - podobnie jak u nas, lepiej opłacani niż ludzie innych zawodów?

- Na pewno są w grupie ludzi zarabia jących więcej niż wynosi średnia płaca. Ale proporcjonalnie różnice są mniej-

sze niż w Polsce. U nas informatyk z reguły zarabia wielokrotnie więcej niż wynosi średnia płaca. Teraz zarobki te nieco się spłaszczyły. Na początku lat 80. wielu polskich informatyków zaczęło zarabiać na sprowadzaniu komputerów. To był obok rynku warzyw i kwia tów jedyny wolny rynek. Na początku wystarczyło ściągnąć jeden komputer by za zysk kupić mieszkanie. Jeszcze w latach 1985 - 1987 dokonanie takiej operacji wystarczyło na samochód. Dziś zyski są niewielkie. Staje się to powodem frustracji środowiska, zwłaszcza w kontekście minionych czasów. Zetknąłem się z wieloma frustratami. gdy przeprowadzałem interview z osobami, które chciały podjąć pracę w ComputerLand. Obawiam się, że 3/4 środowiska przeżywa dziś różnego rodzaju stresy, które nie sprzyjają rozwojowi zawodowemu. I chyba dlatego na kluczowych stanowiskach sales engine-ers - nie handlowców, bo to brzmi nie najlepiej - zatrudniłem młode osoby, po studiach, bez złych nawyków.

- Wróćmy do KARENU i środowiska. Mówi się, że informatycy, tak jak inni twórcy, dzielą się na artystów i rzemieślników. Czym oni się różnią i czy ta grupa z KARENU to raczej artyści czy rzemieślnicy?

- Na pewno są takie różnice, ale trudno przeprowadzić linię graniczną. Ta praca wymaga ogromnej kreatywności. Oczywiście artyści to ci najlepsi. Rzemieślnik wykazuje mniej wyobraźni. Gdy spoglądam wstecz - z działu oprogramowania eksportowego KARENU odszedłem przed 1,5 rokiem - wydaje mi się, że nasza grupa składała się bardziej z artystów niż z rzemieślników. Nie było żadnej dyscypliny pracy, żad-

nej, to znaczy że wszyscy siedzieli na okrągło. Zawsze rozliczałem ludzi wyłącznie z efektów i wymagałem od każdego odpowiedzialności. Dowodem na to, że byli znakomitymi informatykami są ich kariery w USA. Dziś wielu pracuje za granicą i otrzymali bardzo dobre kontrakty.

- Dlaczego tak niewielu naszych informatyków próbuje zaspokoić swoje ambicje w Polsce. Słychać o nich tak naprawdę dopiero wówczas, gdy wyjadą za granicę?

- Na to składa się wiele przyczyn. Przede wszystkim mamy nadal bardzo płytki rynek komputerowy. W Szwecji* w ub. r. sprzedano 200 tys. kompute-rów, w Polsce, która jest przecież krajem znacznie większym - 50 - 60 tys. W tej chwili na polskim rynku królują nadal firmy typu "boxpushing" czyli pchające pudełka. Po prostu sprzedają hard-ware i nie interesują się do czego on ma służyć. Podobno 60% już zakupionych komputerów czeka na swój czas. Problem polega na tym, że jeszcze nie do końca zdajemy sobie sprawę z wartości oprogramowania. Ciągle u nas pudło jest ważniejsze od programu.

Wynika to także z tego, że jeszcze niedawno średnia pensja nie przekraczała 20 dol., a komputer - ponad 1 tyś. dol. Tymczasem na Zachodzie wartość oprogramowania - zwłaszcza przy dużych systemach - to 90% kosztów komputeryzacji. Przy tak płytkim rynku na Software zdecydowanie tańsze są programy kupowane za granicą. Praca informatyka nawet w Polsce jest droga, kosztuje ok. 20 dol. za godz. Zaś zrobienie programu wymaga co najmniej 3 miesięcy pracy. Dlatego pakiety księgo we polskich firm kosztują po kilkanaście mln zł. Takie pakiety na Zachodzie są znacznie tańsze. Borland jest dlatego tak tani, że sprzedaje swe programy w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Ich pakiety księgowe nie są jednak dostosowane do naszych warunków. Ponadto mamy w Polsce nadal do czynienia z piractwem. Stąd też jedynie aplikacje "pod klucz" mają sens. Ale to też drogo kosztuje. Polscy informatycy pracują za granicą również dlatego, że tam rozwój inżynierii oprogramowania jest bardzo zaawansowany. My tymczasem kręciliśmy się w kółko, brak nam takiej infrastruktury technicznej, jaką mają w USA. VC lej chwili, by zrobić popularny pakiet, który by się dobrze sprzedawał, byłby lepszy od pakietu zachodniego -trzeba co najmniej roku pracy bardzo dobrych informatyków. Natomiast zachodnie firmy ciągle robią nowe, ulepszone wersje swoich pakietów. Nie da się ich dogonić. Była u nas taka grupa polskich informatyków, która chciała zrobić polskiego Unixa I "przewróciła' się". Napisanie programu operacyjnego-to ogromne zadanie. Nim skończyli pierwszą wersję polskiego Unixa - na Zachodzie powstały nowe wersje, dużo lepsze. Znam nawet takie przypadki, że nim dorobiono polską nakładkę do pakietów systemowych (np. możliwość zainstalowania polskich znaków czy tekstów w Unixie) - co notabene kosztowało straszne pieniądze - zdążyła się pokazać nowa wersja Unixa i całą pracę trzeba było zaczynać od nowa.

- Czy to znaczy, że ci najzdolniejsi i najbardziej ambitni nie mają czego szukać w Polsce?

- Tego bym nie powiedział. Dobrzy, a nawet znakomici informatycy mają w Polsce ogromne pole do popisu. Powinni wykorzystywać swój talent i umiejętności do pracy nad zaspokojeniem tych fragmentów rynku, dla którego nieprzydatne są zagraniczne programy. Czyli nie pracować nad pakie-tem, który mógłby być sprzedany w du żych ilościach, ale "celować" w klientów.

A więc praca na rzecz rynku wertykal nego, ściśle określonego. Mam nadzieję, że ten rynek będzie się ciągle poszerzał, że użytkownicy komputerów zaczną doceniać zarówno wartość oprogra mowania jak i jakość sprzętu. Na tym też opieram moje osobiste nadzieje na sukces.