"Antypiraci wszystkich branż, łączcie się!"

Imprezę pod takim hasłem zorganizowali członkowie Międzynarodowego Stowarzyszenia Uczelni Ekonomicznych i Handlowych (AIESEC) przy Szkole Głównej Handlowej (SGH) w Warszawie (d. SGPIS).

Imprezę pod takim hasłem zorganizowali członkowie iędzynarodowego Stowarzyszenia Uczelni Ekonomicznych i Handlowych (AIESEC) przy Szkole Głównej Handlowej (SGH) w Warszawie (d. SGPIS).

"Kontrakt Antypiracki" stał się prawdziwym pospolitym ruszeniem, które zgromadziło w "Auli Spadochronowej" SGH oprócz studentów, twórców, producentów, dystrybutorów i ich organizacji, prawników, a nawet szczególnie zaangażowanych "ojców tego prawa" czyli posłów ze specjalnej podkomisji sejmowej. Zabrakło jedynie przedstawicieli organów ścigania.

Promocji legalnych działań firm służyły mini-targi, w czasie których przedsiębiorstwa fonograficzne, komputerowe wydawnictwa literackie oferowały studentom swoje produkty po zniżonych cenach. Z najszerszą ofertą wystąpiły warszawskie firmy informatyczne, m.in. Soft-tronik, BRAIN (Grupa Brabork), Hololand, AFRO-SOFT, Agencja Piast-Europa, Apexim, IPS Computer Group, MSP czy MacroSoft. Apexim udostępniał studentom swój popularny program antywirusowy mks-vir za jedną czwartą ceny, czyli za 200 tys. zł. Promowaniu firmy służył również udział w imprezie twórcy tego programu - Marka Sella.

Nie ma kary bez ustawy

W publicznej debacie przedstawiciele firm mówili o ponoszonych stratach i domagali się jak najszybszego wprowadzenia nowego prawa w życie. Przeważał pogląd, że w związku z wielką skalą pospolitego złodziejstwa i różnego rodzaju "przysług koleżeńskich" ochrona prawna programów komputerowych potrzebna jest "natychmiast", nawet gdyby ustawa nie była "najlepsza" i wkrótce wymagała "doskonalenia". Nie brak było stwierdzeń w rodzaju "dalsze przeciąganie prac to po prostu sabotaż" czy "nie ma ustawy, nie ma kary".

Wielu próbowało ustawić problem piractwa w Polsce na tle sytuacji w innych krajach. Prof. Bogdan Michalski, dyrektor Instytutu Dziennikarstwa UW zwrócił uwagę, że "piractwo" w tym przypadku jest określeniem potocznym, a nie terminem prawnym i że Polska bynajmniej nie jest krajem "najbardziej pirackim", jakby to mogło wynikać z niektórych publikacji i deklaracji. "Nie dajmy się zwariować Amerykanom i pomyślmy również o ochronie polskich interesów za granicą". W USA istnieje niezłe ustawodawstwo "antypirackie", ale jakie szanse ma na dochodzenie swoich praw polski twórca, jeśli otwarcie sprawy sądowej przy wynajęciu przeciętnego adwokata wymaga początkowego wkładu w wys. 30 tys. USD, a z dobrym adwokatem - 60 tys. USD?

Wielokrotnie podnoszono kwestię nadmiernych oczekiwań społecznych w zakresie skuteczności nowego prawa. Czy piractwo skończy się wraz z wejściem ustawy w życie? Tu zdania były podzielone i raczej przeważali sceptycy. Andrzej Karpowicz, przedstawiciel kancelarii prawnej "JURIS" mówił o paraliżu sądownictwa i organów ścigania ("czeka się rok na rozpoczęcie sprawy"). Jego firma należy jednak do wyjątków i gotowa jest podejmować się prowadzenia spraw z zakresu naruszania własności intelektualnej nawet na podstawie dotychczasowego prawa autorskiego ("jesteśmy gotowi udowodnić, że producenci programów komputerowych podlegają ochronie na podstawie istniejących przepisów").

Prezes Zarządu IPS Computer Group Grzegorz Onichimowski uważa, że po wejściu ustawy w życie niewiele się zmieni, jeśli nie zostanie powołany organ pod auspicjami rządowymi, który będzie z urzędu ścigał określone w nowym prawie przestępstwa i wykroczenia. "Chciałbym znaleźć dzisiaj dziesięciu odważnych, którzy wystąpiliby z oskarżeniem prywatnym wobec mafii fonograficznej. Dawała ona już niejednokrotnie przykład bezkarnej bezwględności". Giełdy komputerowe po uchwaleniu ustawy z pewnością nie znikną. Będą tylko prowadziły dwa rodzaje transakcji: "na stoliku" (z niewielkimi obrotami) i "pod stolikiem" (z wielkimi obrotami).

Abolicja, czyli prawo nie działa wstecz

Temperaturę dyskusji podgrzała sprawa abolicji, czyli swoistego zalegalizowania prawa do posiadania i użytkowania programów, ukradzionych przed wejściem w życie ustawy. Prezes Zarządu Stowarzyszenia "Polski Rynek Oprogramowania" PRO, dr Roman Dolczewski określił projekt ustaleń abolicyjnych jako skandal (jego artykuł publikowaliśmy w nr. 8/85 CW). Jego zdaniem ustawa weźmie pod ochronę ludzi z niewłaściwej strony, czyli dotychczasowych użytkowników kradzionych programów komputerowych.

Blanka Kortlan z Międzynarodowej Federacji Przemysłu Fonograficznego (IFPI) przypomniała, że abolicja jest tylko częściowa, a poza tym prawo nie powinno działać wstecz. "Jeśli dziś nielegalnie skopiujemy program, to z momentem wejścia ustawy w życie, nie wolno go nam nikomu przekazywać". Krzysztof Kreutzinger z Biura Ochrony Własności Intelektualnej, stwierdził że niektóre duże irmy, jak Microsoft, traktują nielegalne kopiowanie na mała skalę (eżeli tylko nie służy to czerpaniu korzyści materialnych) jako formę bezpłatnej reklamy. Przedstawiciele kancelarii "JURIS" uważają, że łaśnie abolicja urealnia szanse wprowadzenia ustawy w życie. Tym bardziej nie widzą problemów, ponieważ Amerykanie również akceptują abolicję.

Poparcie wśród obecnych zyskał postulat, aby w przypadku programów komputerowych zrezygnować z przewidzianego w projekcie ustawy vacatio legis, czyli zasady, że ustawa wchodzi w życie po trzech miesiącach od momentu jej opublikowania.

Krajowe i zagraniczne grupy nacisku

Uczestniczący w tej debacie członkowie podkomisji sejmowej, która zakończyła już prace, polemizowali z próbami obarczenia parlamentu odpowiedzialnością za powolne tempo narodzin nowego prawa. Przewodniczący podkomisji, pos. Ryszard Czarnecki poinformował, że Sejm otrzymał projekt dopiero na wiosnę 1992 r. (przekazał go rząd premiera Olszewskiego) i po pierwszym czytaniu skierował go do trzech komisji (Ustawodawczej, Kultury i Śodków Przekazu oraz Edukacji, Nauki i Postępu Technicznego). Te, na wspólnym posiedzeniu, wyłoniły specjalną podkomisję, która w ciągu niespełna roku odbyła 17 posiedzeń, co stanowi rekord sejmowy.

Intensywne prace odbywały się w gronie ekspertów. Ich liczba, ze względu na złożoność spraw związanych z ochroną różnych rodzajów własności intelektualnej, z reguły przewyższała liczbę członków zespołu poselskiego. Wśród ekspertów znajdowali się przedstawiciele przeszło 40 stowarzyszeń, związków i okresowych porozumień. Nie brakowało też lobby'stów zagranicznych. W sierpniu i we wrześniu ub.r. posłowie gościli delegacje Kongresu USA oraz amerykańskiego Komitetu Praw Autorskich.

Pos. Czarnecki podkreślił, że jego zespół kierował się ochroną interesów polskich, idąc na kompromisy tylko tam, gdzie wynikało to z konieczności przestrzegania ratyfikowanych konwencji iędzynarodowych oraz umów międzypaństwowych (w tym układu Polska - USA z 1990 r.). Dlatego końcowy projekt bliższy jest rozwiązaniom europejskim (francuskim czy niemieckim) niż amerykańskim.

Cały czas podkomisja pracowała w atmosferze zrozumiałego zainteresowania różnych organizacji twórczych i producenckich. Doszło nawet do spięcia między interesami środowisk autorów i producentów. W ciągu ostatnich miesięcy podkomisja była krytykowana przez członków Rady Kultury przy Prezydencie RP, którzy uważali że projekt był zbyt producencki, kosztem autorów. Zarzut o tyle dziwny, że wśród członków podkomisji znajduje się wielu twórców, co zaznaczył pos. Jerzy Zdrada, który sam jest pracownikiem naukowym.

Szczególnie wiele różnic zdań wywołał projekt rozdziału siódmego, dotyczącego programów komputerowych i jest to jedyny większy fragment dokumentu, który nie był głosowany w podkomisji. Parlamentowi postanowiono przekazać ten rozdział w trzech wariantach tekstowych. Różnią się one m.in. kwestią podejścia do zaleceń Rady EWG (publikowaliśmy je w CW nr. 23/92).

Podkomisja pierwotnie zakończyła prace już w grudniu 1992 r., ale później okazało się, że rząd zrezygnował z przygotowania projektu oddzielnej ustawy antypirackiej i posłowie w styczniu br. postanowili włączyć ustalenia antypirackie w tekst prawa autorskiego. Projekt przewiduje teraz powołanie Agencji Ochrony Praw Autorskich i okrewnych, która ma mieć wysokie koneksje (podlegać będzie premierowi). Byłaby ona organem pomocniczym, zbierającym dowody na zlecenie sądów i prokuratury.

Również zdaniem posłów dziennikarzy - Jacka Maziarskiego i Ryszarda Ulickiego, obecny kształt projektu daje przewagę autorom nad producentami. A połowa sukcesu nowej ustawy zależy, jak zwykle, od poszanowania prawa przez tych, których ono dotyczy.


TOP 200