Antyhumanizacja techniki

Szermierze wielkich rewolucji naukowo-technicznych przeżywają zwykle dysharmonię między pragnieniem zhumanizowania swojej inżynierskiej dziedziny a koniecznością coraz większej specjalizacji technicznej, a więc oddalania się od humanistycznej wszechstronności.

Szermierze wielkich rewolucji naukowo-technicznych przeżywają zwykle dysharmonię między pragnieniem zhumanizowania swojej inżynierskiej dziedziny a koniecznością coraz większej specjalizacji technicznej, a więc oddalania się od humanistycznej wszechstronności.

Kiedy na początku lat 80. na fali wielkich nadziei na reformę wszystkiego rozpoczęto również dyskusję nad reformą szkolnictwa wyższego, niezmiernie ważnym wątkiem okazała się tzw. humanizacja studiów technicznych. Było to dosyć zaskakujące, bo trzeba było załatwić ważniejsze sprawy, np. samorządność studentów, działalność niezależnych zrzeszeń, wsparcie finansowe dla studentów i młodych pracowników nauki, uwolnienie studiów od marksistowskiej indoktrynacji, powołanie niezależnego stowarzyszenia środowisk akademickich i naukowych itd. Ale studenci politechnik, którzy te wszystkie postulaty doceniali i żarliwie zabiegali o ich realizację, z nie mniejszym uporem walczyli o to, żeby uczelnie nie kształciły ich jako bezdusznych inżynierów z klapkami na oczach, pasjonatów wąskiej technicznej dziedziny, nieczułych na inny wymiar życia. Pamiętam, że wtedy - niestety to ożywienie społeczne i intelektualne nie trwało latami - była na studiach technicznych atmosfera tak humanistyczna, że normą wręcz było, że tam powstawały najlepsze teatry i kabarety studenckie, stamtąd wywodzili się najbardziej utalentowani piosenkarze studenccy, a najlepsze kluby publicystyczne funkcjonowały właśnie przy politechnikach.

Ale była i druga strona medalu. Humanistów obowiązywała niepisana zasada intelektualnego rewanżu wobec przyszłych inżynierów. Nie wypadało nie wiedzieć, co należy uczynić z bezpiecznikami, gdy zgaśnie światło - w przypadku dziewczyn, a nawet największy znawca i wielbiciel muzyki bywał odpytywany z parametrów sprzętu, na którym jej słucha, i musiał umieć odpowiedzieć na te pytania.

Dzisiaj myślę, że nie było w tym postulacie - humanizacji studiów technicznych i likwidacji analfabetyzmu technicznego humanistów - wielkiej idei. Nie służył realizacji żadnych zamiarów politycznych, nie wspierał opozycji, jak się wtedy wydawało, ani nie protestował przeciwko ustrojowi socjalistycznemu - jak mogłoby wyglądać. O karierze jeszcze wtedy wstyd było mówić, a i do przemyślenia były ciekawsze zagadnienia niż przyszła pozycja. W tamtej naszej aktywności była tylko jedna motywacja - uczyć się, poznawać i przeżywać, żeby mocniej być, żeby chłonąć cały świat we wszystkich jego aspektach całym sobą. Oczywiście, to pragnienie, a raczej taka jego erupcja miała związek z wydarzeniami roku 1980. Ale wobec niczego nie było służebne. Pozostaje jednak faktem, że ludzie ukształtowani w tamtych latach są zupełnie inni niż ci, którzy dzisiaj opuszczają uczelnie. Tamten intelektualny zawrót głowy sprawił, że każdy z nich jest KIMŚ, choć niekoniecznie kimś zaradnym.

W naszych czasach nie mówi się o humanizacji techniki. Ale mówi się o czymś pozornie podobnym, a mianowicie o tym, że technika nie jest wartoś-cią samą w sobie, że musi komuś w czymś ważnym być przydatna. Powinna zaspokajać potrzeby, rozwiązywać problemy. My w naszym tygodniku też ciągle piszemy, iż komputery, oprogramowanie, sieci i inne informatyczne zabawki są tylko tyle warte, ile mogą pomóc w biznesie, w administrowaniu sprawami państwa, gminy albo urzędu, w rozwoju komunikacji między ludźmi, ich wspólnotami i ich organizacjami. Inżynierowie, ludzie techniki już pilnie zwracają na to uwagę, żeby eksponować tę właśnie stronę swoich produktów i usług. Nawet wynalazcy poddali się tej presji. Liczy się użyteczność wynalazku, a nie nowatorstwo rozwiązania technicznego, twórcza myśl. I to w zasadzie jest w porządku, to tworzy tak zwany postęp, tak zwaną rewolucję naukowo-techniczną, kolejną, którą przeżywa ludzkość, a więc dobrobyt, wygodę coraz większych rzesz ludzi.

Jest jednak jedno ale... Użyteczność techniki, nakierowanie jej rozwoju na zaspokajanie ludzkich potrzeb nie czyni z jej twórców - konstruktorów, inżynierów, wynalazców - ludzi większego formatu, humanistów o bogatym życiu wewnętrznym i zdolności do dostrzegania i kontemplowania wszystkich aspektów świata. Wręcz przeciwnie. Aby sprostać postawionemu sobie wyzwaniu, muszą coraz bardziej wgłębiać się w szczegóły swojej dziedziny, coraz ściślej specjalizować, coraz węższy jest świat, który ogarniają swoją wyobraźnią i postrzeganiem. To nie znaczy, że nie pragną szerszego spojrzenia, głębszego oddechu, mocniejszego doznania. Pragną, ale - jak to zwykle bywa - jeśli ktoś zgłębia wiedzę nie dla niej samej, lecz w służbie jakiejś idei, polityki czy biznesu, to siebie nie buduje, choć tworzy całkiem udane, pożyteczne i pożądane produkty.


TOP 200