3T, czyli technologia, talent, tolerancja

Dalszy rozwój Polski i Europy w dużej mierze zależy od tego, jakiej metamorfozie ulegnie nasza kultura - na ile będzie zdolna do otwarcia się na inne kultury, przy jednoczesnym pozostaniu fundamentem naszej tożsamości.

Dalszy rozwój Polski i Europy w dużej mierze zależy od tego, jakiej metamorfozie ulegnie nasza kultura - na ile będzie zdolna do otwarcia się na inne kultury, przy jednoczesnym pozostaniu fundamentem naszej tożsamości.

Kształt Polski wykuwa się na przecięciu skutków zamierzonych działań oraz procesów żywiołowych, na które nie mamy większego wpływu - są one bowiem samoregulatywne, często chaotyczne, wynikające z natury systemów złożonych. Decentralizacja, komercjalizacja i deregulacja sprawiają, że mamy do czynienia z rewolucją organizacyjną: na rynkach globalnych i w niszach gospodarczych, także w Polsce; rosną jak grzyby po deszczu, głównie w miastach, dziesiątki tysięcy nowych podmiotów, które - aby zaistnieć i przetrwać - muszą ze sobą konkurować i jednocześnie współpracować.

Doświadczenia modernizacyjne wielu krajów pokazują, że nie wystarczy stworzenie optymalnego układu wymiernych parametrów (takich jak technologia, finanse, prawo i in.). System nie będzie działał, jeśli nie znajdzie wsparcia w niewymiernym parametrze kulturowym, wartościach, które składają się na popularną filozofię życiową, skłaniając do aktywności lub bierności.

Działa na nas siła kultury "długiego trwania", która ma wpływ na kształt instytucji i praw. Standardem jest dziś myślenie, że wszystko zależy od kapitału ludzkiego: inwestowania w edukację, umiejętności, zdrowia czy kwalifikacji. Dopiero ostatnio rozlega się wołanie, by dbając o kapitał ludzki, nie zaniedbywać kapitału społecznego: czyli więzi i zaufania między ludźmi, ponieważ to obniża koszty transakcyjne, sprzyja samoregulacji, a wtedy przekonanie ludzi o słuszności jakichś konkretnych rozwiązań nie wymaga tak usilnego przekonywania jak wtedy, gdy coś jest obce, nieoswojone.

Przetłumaczyć polskie idiomy

Mamy zatem do czynienia z problemem kultury. Z nią sprawa jest skomplikowana. W naszej kulturze są rzeczy dobre i złe - takie, które stwarzają szanse, ale i inne, które nas ciągną w dół. Nie da się wydestylować tych dobrych, jak przestrzegał Europejczyków Theodor Adorno w "Minima Moralia" u progu rozpoczynającego się boomu modernizacyjnego w przetrąconej wojną Europie - trzeba bardzo uważać, aby próbując uzdatniać tożsamość, nie "sfuszerować" całego dziedzictwa kultury. Wyeliminowania niefunkcjonalnych elementów tradycji i kultury nie da się zadekretować, musi to nastąpić w wyniku długiego procesu.

Źródło sukcesów i porażek rozwojowych, a także budowania społeczeństwa obywatelskiego i społeczeństwa wiedzy leży w kulturze. To jednak niewiele znaczy, jeśli się nie powie w jakiej. Otóż trzeba tu wyróżnić dwa jej typy: kulturę idiomatyczną i dyskursywną. Pierwsza to taka, która jest niezrozumiała dla innych, nieprzetłumaczalna, niewchodząca w synergię z innymi. Taką kulturę pieści środowisko Radia Maryja, Naszość, Liga Polskich Rodzin, Młodzież Wszechpolska i inne temu podobne grupy.

Kultura ksenofobiczna nie wchodzi w płodne relacje z innymi, nie daje możliwości wyjmowania idei z jednego kontekstu i umieszczania go w innym, a na tym, najkrócej mówiąc, polega twórczość. To wyjaśnia dlaczego Azjaci, umiejący wspaniale imitować, są mniej innowacyjni niż Amerykanie, którzy przez całe pokolenia uczyli się tłumaczyć idiomy etniczne na dyskurs międzykulturowy, żeby móc razem funkcjonować i tworzyć bogactwo. To także wyjaśnia, dlaczego również Europejczycy są w tyle za Amerykanami. Bo ciągle zmagają się z tworzeniem "interfejsów" w ramach Unii, w dalszym ciągu trudno nam przekładać owe idiomy. To sprawia, że Europejczycy konsumują przede wszystkim własne, narodowe (choć często także amerykańskie) produkty kultury.

Ukazało się w ostatnich latach kilka interesujących książek, wśród których świeżością myśli wyróżniają się prace amerykańskiego socjologa Richarda Floridy ("The Rise of the Creative Class: And How It's Transforming Work, Leisure, Community and Everyday Life" i nowsza tegoż autora "The Flight of the Creative Class. The New Global Competition for Talent"; ponadto Daniela Pinka "A Whole New Mind: Moving from the Information Age to the Conceptual Age", Fransa Johanssona "The Medici Effect: Breakthrough Insights at the Intersection of Ideas, Concepts, and Cultures", Charlesa Landry "The Creative City: A Toolkit for Urban Innovators", Paula H. Raya, Sherry Ruth Anderson "The Cultural Creatives", Richarda Cavesa "Creative Industries").

3 x ''T''

Niektóre tezy formułowane przez autorów mogą szokować Polaków. Oto wedle ustaleń Richarda Floridy, źródłem innowacyjności i twórczości są 3 "T": technologia - talent - tolerancja. Co do dwóch pierwszych sprawa jest oczywista: bez uzbrojenia w nowoczesne narzędzia nie da się tworzyć nowego. Co do talentu to chodzi o skupienie w danej przestrzeni jak najwięcej ludzi obdarzonych przez naturę zdolnościami, co rokuje nadzieję na erupcję twórczości. Talent to wyposażenie genetyczne jednostki. Natura człowieka zakorzeniona jest oczywiście głęboko w jego biologii, ale nie jest to twardy determinizm; człowiek także sam się stwarza przez swoją kulturę. To są dwie strony naszej tożsamości. Mamy do rozporządzenia pewną pulę zdolności czerpanych z genów, ale te zdolności mogą się rozwinąć tylko dzięki kulturze, a więc komunikacji, bo kultura nie rodzi się w komunikacyjnej próżni. Bez niej w świecie ludzkim geny praktycznie nic nie znaczą.

Sporo kontrowersji budzi trzecie "T" - tolerancja. Na poziomie ogólnego stwierdzenia większość oczywiście będzie również za, ale przy głębszym wniknięciu w problem sprawa się komplikuje, bo budzi spory o relatywizm moralny. Tym bardziej jeśli dla pomiaru tolerancji przyjmuje się - jak to czyni Florida - gay index, czyli poziom uczestnictwa homoseksualistów w życiu danej społeczności jako wskaźnik otwarcia na inność.


TOP 200