shutdown -g0

System operacyjny X powstał w środowisku, jeśli nie ściśle akademickim, to naznaczonym licznymi z nim związkami. Pisząc "X", nie mam na myśli jakiegoś nowego, tajnego jeszcze, produktu, lecz poczciwy, ponadtrzydziestoletni Unix.

System operacyjny X powstał w środowisku, jeśli nie ściśle akademickim, to naznaczonym licznymi z nim związkami. Pisząc "X", nie mam na myśli jakiegoś nowego, tajnego jeszcze, produktu, lecz poczciwy, ponadtrzydziestoletni Unix.

Większość jego licznych wersji ma w nazwie wspólną tylko ostatnią literę, czego przykładem są chociażby Sinix, AIX czy UX (nie ma jednak Sunixa!).

Jak każdy twór powstały w pewnym środowisku, odzwierciedla on w jakimś stopniu jego kulturę, zwyczaje, sposób myślenia i komunikowania się. W ten sposób powstały nie tylko nazwy stosowanych w tym systemie poleceń, ale również występujących w tych poleceniach parametrów szczegółowych. Złośliwi powiadają, że w unixowym edytorze vi (kwintesencja akademickości!) można zadać jako parametry poszczególne litery własnego imienia i zawsze coś z tego wyniknie...

Zatrzymajmy się chwilę przy poleceniu shutdown (osobiście bardziej lubię występujące w innych systemach, a mniej bezwzględne, brytyjskie close down) i jego parametrze -g. Jest on skrótem od słowa grace, oznaczającego wspólną modlitwę przed wieczornym posiłkiem, praktykowaną do dziś na wielu uczelniach, chociaż - z oczywistych względów różnic światopoglądowych - modlitwę zastępuje tam na ogół chwila skupienia. Otóż, rzeczone "g", a właściwie następująca po nim liczba, oznacza liczbę sekund mających upłynąć od chwili wydania polecenia do momentu, kiedy system rzeczywiście rozpocznie czynności zmierzające do zakończenia swej pracy.

Kiedyś próbowałem nawet kolekcjonować te unixowe skróty. Postępy były jednak marne, a kolekcja została w jednym z moich komputerów, które odeszły w przeszłość.

Gdy jesteśmy już przy literkach, nie mogę tu pominąć przypadku z mojego niedawnego felietonu walentynkowego, w którym w dziwny sposób zniknęła literka "a" poprzedzająca słowo rebours. Należąc do tych, którzy zanim napiszą, że Mickiewicz stworzył "Wesele", trzy razy sprawdzą to w encyklopediach (Boy: "są tacy, którzy lubią myśleć ściśle..."), w oryginalnym tekście zadbałem o właściwą pisownię francuskiego wyrażenia a` rebours, starannie dobierając czcionkę "a" z accent grave, czyli z przecinkiem nad literą "a", biegnącym z góry, od lewej do prawej. No i co? Ano - znikło gdzieś po drodze i w druku zostało samo idiotyczne "rebours".

Ale i tak nadarza się kolejna okazja do użycia tego terminu: mamy otóż w Polsce kolejny przykład uprawiania informatyki a` rebours, czyli niekoniecznie w celu rozwiązywania problemów. W całej tej smutnej historii zabawne było poszukiwanie tematu zastępczego, sprawiającego wrażenie próby odwrócenia uwagi od meritum sprawy: czy decyzje zapadały w Polsce czy też może podejmowała je władza naczelna w USA?

Wytworna dama za oceanem ma teraz swój problem, wart 22 miliardy dolarów, z czego pół procenta ma być dla niej osobistą nagrodą za pomyślne rozwiązanie. Ponieważ trudno jej bić się w piersi (także z powodów jak najbardziej przyrodzonych!) z powodu kontraktu o wartości bliskiej tej nagrodzie, więc bierze to na siebie jej polski kolega i podwładny. I chwała mu za to, ale - chcąc nie chcąc - robi on to również w imieniu długiego szeregu osób spoza jego firmy, które, pozostając niewidoczne, zamiast pokutnego gestu, nadal zacierają ręce. Pisząc to nie sięgam aż do polityków, a mam na uwadze tylko nasze informatyczne szeregi.

Wniosek z tego, kolejnego już, negatywnego polskiego doświadczenia, jest dla nas również i taki, że w efekcie łatwiej winno dać się odróżnić "przedsiębiorczych" od przedsiębiorczych, i - nawiązując do wspomnianych tu wcześniej konwencji unixowych - rzec im shutdown -g0, gdy znów będą chcieli popisać się podobną "przedsiębiorczością".