"outsourcing" swojski

Gdy tylko okazało się, że jedna z tzw. światowych firm zamierza przenieść swoje - a jakże, światowe - centrum księgowości z Irlandii do Polski, na Zielonej Wyspie zawrzało. O straconych dwustu miejscach pracy gazety tamtejsze pisały na pierwszych stronach i głośno było w każdym programie radiowym i telewizyjnym.

Gdy tylko okazało się, że jedna z tzw. światowych firm zamierza przenieść swoje - a jakże, światowe - centrum księgowości z Irlandii do Polski, na Zielonej Wyspie zawrzało. O straconych dwustu miejscach pracy gazety tamtejsze pisały na pierwszych stronach i głośno było w każdym programie radiowym i telewizyjnym.

Ponieważ miałem to szczęście znaleźć się, jak to zgrabnie określają Brytyjczycy: "w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie", dla irlandzkich kolegów i znajomych utożsamiałem w tamtym momencie głównego winowajcę, czyli Polskę. Kraj, którego jedyną w tej sprawie zasługą były niższe od irlandzkich zarobki stosownych specjalistów. Tak, czy inaczej - co mi się dostało, to się dostało, do rękoczynów jednak szczęśliwie nie doszło. A zakres zaczepek pod moim adresem był spory i rozciągał się od drobnych uszczypliwości, poprzez pretensje, aż do - trzeba przyznać rzadkich, choć wyrafinowanych - złośliwości.

Było, minęło, chociaż w tamtejszej pamięci zbiorowej zapewne zostanie na długo: bo przecież jeszcze stoją przed drzwiami Unii, a już biorą się do odbierania nam pracy...

Dla równowagi jednak warto przypomnieć w tym momencie niedawne proroctwo jednego z sąsiadów-felietonistów, który przewidywał na tych łamach bliską migrację naszych centrów telefonicznych za wschodnią granicę, gdzie też mówią po polsku, są lepiej niż dobrze przygotowani i zadowolą się niższymi zarobkami.

Procesy takie mają jednak swoje granice, czego właśnie doświadczają Brytyjczycy i Amerykanie, którzy tak ochoczo przenoszą swoje centra telefoniczne do Indii. Teraz bywa, że niektóre z nich wracają do macierzy, bo okazuje się, że czasem poziom nie ten, szczególnie w sprawach bardziej złożonych, niż przyjmowanie zgłoszeń czy informowanie o numerach telefonów. A może też to, co w niemal miliardowych Indiach było w tej materii najlepszego, już zostało zaangażowane?

Najbardziej ciekawie, jak zwykle, jest jednak na naszym własnym podwórku. Co więcej - my potrafimy to nasze podwórko (czy - jak wolą niektórzy - bagienko) przenosić nawet ponad granicami i - ku zupełnemu osłupieniu nic nierozumiejących obcych - dawać popisy zmierzające do tego, by np. za wszelką cenę nasz człowiek nie został przypadkiem komisarzem Unii.

Całkiem podobnie jest także z tytułowym, pisanym w cudzysłowie i z małej litery - outsourcingiem w naszym, swojskim wydaniu.

Firmy pod tym względem zasłużone, szczególnie w naszej, informatycznej branży, bez rozgłosu robią swoje i robią to dobrze. Sporo jednak jest takich firm, i to nawet wcale niemałych, które po pierwsze - nie odróżniają zbytnio outsourcingu od zwykłego świadczenia usług, a po drugie - zyskują klientów wyłącznie przez to, że oferują najniższe koszty. Te zaś uzyskują dwoma sposobami: utrzymując poziom usług bardzo blisko dającej się jeszcze tolerować granicy jakości, i ograniczając drastycznie, pod różnymi pretekstami, płace przejmowanych i zatrudnianych pracowników.

Z outsourcingiem niewiele ma to wspólnego, bo ani tam doskonalenia usług (przy tej samej ich cenie), ani wspólnego planowania, ani partnerstwa, ani innowacyjności. Ot, zwyczajne, świadczone na minimalnym poziomie (jaka płaca - taka praca), usługi. Najczęściej z zakresu dozoru i ochrony, transportu i utrzymania czystości. A wszystko to, przy zadziwiająco biernej postawie odbiorców tych usług, co utrwala tylko taki stan.

Outsourcing, nawet w zakresie najprostszych zajęć, ma to do siebie, że sposób świadczenia objętych nim usług stale się zmienia. Aby za tymi zmianami nadążać, trzeba się zmieniać samemu. A to trudno będzie osiągnąć z ludźmi, na których zarobkach oszczędza się w sposób, na który nie pozostaje obojętna ich godność.