e-wakacje

Tamtą wakacyjną wyprawę sprzed wielu lat dałoby się zaliczyć do udanych, gdyby nie moje wieczne porachunki ze Słońcem. Podążając, jak zwykle, ścieżkami innymi niż tzw. ogół, pojechałem na Węgry trasą, którą mało kto wybiera: przez Wschodnią Słowację. Dalej, w kierunku Budapesztu, droga wiodła przez Eger i dwa pasma gór, z których jedne nazywały się bodaj Matra, a nazwy tych drugich zwyczajnie nie pamiętam.

Tamtą wakacyjną wyprawę sprzed wielu lat dałoby się zaliczyć do udanych, gdyby nie moje wieczne porachunki ze Słońcem. Podążając, jak zwykle, ścieżkami innymi niż tzw. ogół, pojechałem na Węgry trasą, którą mało kto wybiera: przez Wschodnią Słowację. Dalej, w kierunku Budapesztu, droga wiodła przez Eger i dwa pasma gór, z których jedne nazywały się bodaj Matra, a nazwy tych drugich zwyczajnie nie pamiętam.

W górach ze Słońcem układało mi się nawet całkiem, całkiem, Budapeszt natomiast naprawdę musi być miastem wielu uroków, skoro mimo wszystko wspominam go dobrze. Upał był tam zdecydowanie powyżej mojej (niskiej) granicy tolerancji, toteż, aby przeżyć, czas do zachodu Słońca spędzałem w sąsiadującym z kempingiem basenie.

Na samym jednak kempingu, po przeciwnej stronie wewnętrznej drogi, rozbiła namiot para, która przybyła samochodem z czechosłowacką rejestracją. Oboje mieli tak gdzieś koło pięćdziesiątki, czyli kategorii wiekowej, która w moim ówczesnym wyobrażeniu, lokowała się tuż przed granicą starości.

Rozbili więc namiot, jeden daszek nad samochodem i drugi, by mieć nieco cienia dla siebie. Potem rozstawili stoliki: na jednym stanął mały turystyczny telewizor, na drugim wielka, plastikowa miednica. Przez cały czas ich pobytu (a było tego kilka dni), on od rana do późnej nocy leżał w leżaku oglądając telewizję, ona zaś bez przerwy prała coś we wspomnianej miednicy. Szczęśliwie z telewizorem łączył go kabelek ze słuchawką na końcu.

Gdyby to było dziś, człowiek ten, jak widziany przez mnie niedawno na jakimś parkingu kierowca TIR-a, rozstawiłby trójnóg z talerzem anteny wycelowując ją na któryś z satelitów. I tak się akurat złożyło, że w tym właśnie roku sprzedawcy urządzeń telewizji satelitarnej oferują nowe, niewielkie (zaledwie 45 cm) anteny, reklamując je jako "idealne rozwiązanie w podróży, na kemping, ogród i działkę". Do tego są - a jakże - i odpowiednie tunery o zasilaniu 12-woltowym.

Aby jednak poszkodowani nie czuli się ci, którzy właśnie są w drodze do, lub z miejsca wypoczynku, oferuje się im telewizyjne anteny samochodowe, zbierające sygnał dookoła, czyli niewrażliwe na zmiany kierunku jazdy.

Przebojem lata są jednak z pewnością fotograficzne, które dokonały znaczącego przełomu, wdzierając się do dość dotąd hermetycznych asortymentowo i nastawionych na specyficznych odbiorców sklepów komputerowych. Rzec by można - uratuje to je w jakimś stopniu przed tradycyjną letnią posuchą, która kończy się dopiero gdzieś w okolicach połowy sierpnia, kiedy to ludzie zaczynają myśleć o bliskim początku szkoły i - nie wiadomo dlaczego - obok zeszytów i książek kupują też komputery.

Sprzedawcy komputerów, chyba pierwszy raz w historii, nie pozostają jednak bierni i mimo połowy czerwca atakują klientów nawet ulotkami rozdawanymi na ulicach. Jedna z nich, którą mam akurat przed sobą, głosi nawet hasło: "Zabierz swój komputer na wakacje".

Wszyscy zaś, dosłownie wszyscy, od supermarketów po co bardziej okazałe stacje benzynowe, zachęcają do kupna odtwarzaczy MP3, co popieram, bo urządzenia te - czy to z pamięcią, czy na płyty, w jednym są genialne - nie mają własnych głośników!

W związku z tym wakacje zapowiadają się wspaniale: jak nie telewizja, to muzyka albo komputer (a wszystko to np. dla dzieciarni nudzącej się w deszcz), a przy okazji - jeszcze tysiące zdjęć.

W zeszłym roku, bodaj w "Polityce", widziałem zdjęcie faceta paradującego po plaży z komórką przytroczoną do gumki kąpielówek. Bo to chyba nie jest tak, że to technika wszędzie za nami chodzi. Wprost przeciwnie - to raczej my ją za sobą ciągniemy. Czasem choćby nawet na gumce od majtek.


TOP 200