e-gospodarka na miękko

Przez przypadek trafiłem wraz z rodziną do portu w Gdyni. Przyznam szczerze, że jak to szczurowi lądowemu, słowo ''port'' kojarzy się z barwnym i wielonarodowym tłumem, basowym rykiem okrętowych syren oraz marynarzami grającymi w karty w tawernach pełnych dymu i ''dziewcząt, które serca za złamany grosz oddają''. Niczego takiego nie było w tej części portu, do której trafiłem. Na pustym nadbrzeżu był za to starszy, miły pan, który zapytał nas czego szukamy, a kiedy powiedzieliśmy mu, że po prostu trafiliśmy tu przez przypadek, zaprosił nas na małą wycieczkę z sobą w roli przewodnika. Kiedyś - opowiadał - port kipiał od ruchu, dźwigi załadowywały i rozładowywały statki przez 24 godziny na dobę. Całe miasto żyło z portu i dla portu. Teraz życie toczy się sennie, dawni marynarze - tak jak mój przewodnik - snują się ulicami bez celu, zaś po portowych nadbrzeżach hula wyłącznie wiatr.

Przez przypadek trafiłem wraz z rodziną do portu w Gdyni. Przyznam szczerze, że jak to szczurowi lądowemu, słowo ''port'' kojarzy się z barwnym i wielonarodowym tłumem, basowym rykiem okrętowych syren oraz marynarzami grającymi w karty w tawernach pełnych dymu i ''dziewcząt, które serca za złamany grosz oddają''. Niczego takiego nie było w tej części portu, do której trafiłem. Na pustym nadbrzeżu był za to starszy, miły pan, który zapytał nas czego szukamy, a kiedy powiedzieliśmy mu, że po prostu trafiliśmy tu przez przypadek, zaprosił nas na małą wycieczkę z sobą w roli przewodnika. Kiedyś - opowiadał - port kipiał od ruchu, dźwigi załadowywały i rozładowywały statki przez 24 godziny na dobę. Całe miasto żyło z portu i dla portu. Teraz życie toczy się sennie, dawni marynarze - tak jak mój przewodnik - snują się ulicami bez celu, zaś po portowych nadbrzeżach hula wyłącznie wiatr.

Wycieczka ta zostawiła mnie z jakimś poczuciem rozżalenia i chyba winy. Długo myślałem, dlaczego czuję się odpowiedzialny za regres gdyńskiego portu, aż wreszcie zrozumiałem to, kiedy przyszła do mnie z Ameryki zamówiona przeze mnie książka o tematyce informatycznej, zapakowana w poręczną paczkę czytelnie opisaną i opatrzoną kodem paskowym. Paczkę tę mogłem zresztą na bieżąco śledzić w Internecie, jak przemierza kolejne oceany, granice i regionalne punkty dystrybucji.

Proszę zauważyć różnicę między modelami biznesu reprezentowanymi przez port i przesyłkę z książką. W pierwszym mamy do czynienia z wielkimi masami podobnych na ogół niskoprzetworzonych towarów, przewożonymi przez wiele dni, a często i tygodni z jednego końca świata na drugi. Wspomnieniem jest choćby słowo shipping, którym dziś określa się wysyłkę nie tylko statkiem, ale i samochodem czy samolotem. W drugim modelu mamy mały towar, którego wartość w znikomym stopniu jest związana z jego fizycznymi własnościami, a który trafia szybko i sprawnie w ręce osoby, która go zamówiła. Znikły dziesiątki statków przy nadbrzeżach i na redach wielkich portów, a w ich miejsce pojawiły się samochody i samoloty z tysiącami małych przesyłek kurierskich z dokumentami, drobnymi częściami elektronicznymi itd. I Internet, medium mogące błyskawicznie przekazać informację na drugi koniec świata. To swoisty triumf e-gospodarki, ale nie opartej na dotcomowych mrzonkach, a tej dokonującej "miękkiej" i powolnej, choć nieubłaganej zmiany w biznesie.

Moja "wina" polega na tym, że taka skokowa zmiana nie byłaby możliwa bez radykalnej informatyzacji procesów biznesowych, z dystrybucją na czele. Nie można sobie wyobrazić firmy typu FedEx bazującej na papierowych "listach frachtowych", podpisach, kancelariach, składach celnych itd. Towarem jest dzisiaj informacja albo myśl zawarta w wysokotechnologicznym produkcie, albo skomplikowane urządzenie znajdujące się just-in-time w określonym miejscu. W ten czy inny sposób przyłożyłem rękę (czy raczej głowę) do tej zmiany, budując przez ostatnie dziesięć lat systemy informatyczne dla przedsiębiorstw.

Nie wyrzekłbym się tego doświadczenia, ale kiedy patrzę na pusty port w Gdyni, szkoda mi tego gwarnego tłumu mówiącego wszystkimi językami świata; tłumu, którego echo wciąż słyszę w wietrze pogwizdującym wśród pustych dźwigów. Żal zadymionych tawern, basowych syren okrętowych obwieszczających moment wyjścia w morze, a także monumentalnego piękna stalowych kolosów, których tak niewiele dziś widzę przy portowych pirsach. I żal mi tego starego marynarza, w którego oczach widzę nostalgię za czasami sprzed e-gospodarki.