(e)Migrena znaczy komputer

Już kilka razy pisałem o tym, że w XXI wieku emigracja, czyli opuszczenie swego kraju, nie jest aż tak wielkim nieszczęściem jakby się wydawało. Ostatecznie jeśli ktoś w poszukiwaniu pracy przeniesie się z Krakowa lub Gdańska do Warszawy (powiedzmy jakiś prezydent, premier lub zwykły minister), to prawdopodobnie stres związany ze zmianą miejsca pobytu wcale nie będzie mniejszy niż ten spowodowany np. pokonaniem Atlantyku.

Już kilka razy pisałem o tym, że w XXI wieku emigracja, czyli opuszczenie swego kraju, nie jest aż tak wielkim nieszczęściem jakby się wydawało. Ostatecznie jeśli ktoś w poszukiwaniu pracy przeniesie się z Krakowa lub Gdańska do Warszawy (powiedzmy jakiś prezydent, premier lub zwykły minister), to prawdopodobnie stres związany ze zmianą miejsca pobytu wcale nie będzie mniejszy niż ten spowodowany np. pokonaniem Atlantyku.

Tak naprawdę znacznie większym problemem jest znalezienie mieszkania oraz garażu lub choćby miejsca parkingowego niż oddalenie od rodziny, znajomych i przyjaciół. Ostatecznie Gadu-Gadu, Skype, iChat lub AIM umożliwiają kontakt 24/7/365. Bez komputera w sieci natychmiast dostaje się jednak (e)migreny.

Masowe przenosiny, choćby takie jakie mają w tej chwili miejsce w Polsce w związku z przystąpieniem do Unii i otwarciem części rynków pracy (angielski, irlandzki), są ciekawą okazją do badań socjologicznych. Szczególnie jeśli grupa przenoszących się jest jednorodna. Nie wiem, jak to jest generalnie z młodymi Polakami szukającymi szczęścia na obczyźnie, ale wyrywkowa obserwacja znajomych pokazuje, że przenoszący się potrafią korzystać ze zdobyczy techniki. Może dlatego, że większość z nich jest komputerowo wykształcona, choć niewielu pracuje w naszej branży. Wbrew początkowym obawom okazało się, że ludzie robiący w komputerach są w Polsce w stanie zarobić wystarczająco dużo, aby nie myśleć o wyjeździe. W każdym razie nie ma masowego odpływu kadry, czego tak bardzo obawiano się jeszcze kilka lat temu.

Powinniśmy być jednak przygotowani na lokalne migracje siły roboczej - ostatecznie bezrobocie w Polsce dotyczy głównie małych miasteczek i wsi. Nie oszukujmy się, że ludzie przenoszący się stamtąd będą stanowili kohortę o wysokim poziomie wykształcenia. Jak dotąd niewiele znamy przypadków takich masowych migracji proletariatu. Jeden z nich pokazuje jednak, że przeniesienie większej liczby niewykształconych ludzi powoduje... zastój technologiczny, m.in. mniejsze wykorzystanie komputerów. Sytuacja, o której myślę, wydarzyła w Miami na Florydzie. 25 lat temu, gdy byliśmy zajęci naszą lokalną rewolucją, Fidel Castro pozwolił wyjechać z Kuby około 125 tysiącom rodaków. Był to tzw. Mariel Boatlifthttp://en.wikipedia.org/wiki/Mariel_Boatlift . Dziś po upływie ćwierć wieku można już podsumować wpływ owego nagłego transferu taniej siły roboczej.

Jak twierdzi Ethan Lewishttp://www.phil.frb.org/files/wps/2004/wp04-3.pdf , sytuacja na rynku pracy w Miami nie zmieniła się radykalnie w porównaniu z innymi, podobnymi miastami USA. Kubańczycy zostali wchłonięci przez lokalne firmy, nie powodując wzrostu bezrobocia. Natomiast zaobserwowano znaczne spowolnienie komputeryzacji, co oznacza, że zamiast automatyzować pracę zaczęto ją wykonywać metodami tradycyjnymi, pracochłonnymi. Na naszym podwórku oznacza to niestety, że jeśli nawet obietnice wyborcze zostaną choćby częściowo zrealizowane, to i tak branża komputerowa wiele na tym nie skorzysta. Likwidacja bezrobocia będzie oznaczała mniejsze zakupy systemów komputerowych, mniej inwestycji w oprogramowanie, mniej kontraktów serwisowych. Za to zapewne wzrośnie sprzedaż papieru oraz ołówków.

Oczywiście możliwy jest też wariant wielkiego gadania: politycy pogardłowali, ludzie zagłosowali, a bezrobocie i marazm jak były plagą polskiej prowincji tak i nią pozostaną. Chyba, że jakiś rodzimy Fidel wyśle ludzi za morze, albo choćby tylko za rzekę, jednak nie w cień drzew, a na przykład na pola uprawne Ukrainy i Białorusi. Bez komputerów.