Żółta kartka, czyli Odlot Laptopa II

Uwierzyłem w zamówienia z dostawą do domu. Kiedy ostatni raz kupowałem prywatny komputer (a było to prawie przed rokiem), zakupy zrobiłem przez Internet w sklepiku Apple'a. Tym razem wszystko odbyło się jak trzeba. Ba, nawet w ramach promocji otrzymałem dodatkowy moduł pamięci! Schody zaczęły się w trakcie samej dostawy.

Uwierzyłem w zamówienia z dostawą do domu. Kiedy ostatni raz kupowałem prywatny komputer (a było to prawie przed rokiem), zakupy zrobiłem przez Internet w sklepiku Apple'a. Tym razem wszystko odbyło się jak trzeba. Ba, nawet w ramach promocji otrzymałem dodatkowy moduł pamięci! Schody zaczęły się w trakcie samej dostawy.

Pudło z komputerem nie przychodziło w obiecanym terminie, zajrzałem więc na stronę WWW firmy UPS, która chwali się, że zawsze wie, gdzie są jej paczki. A jakże, wklepawszy potwornie długi numer mojej przesyłki, dowiedziałem się, że jest ona w drodze. Ostatni raz skanowano ją pięć dni wcześniej - w Chicago. Lokalna ekspozytura udawała, że wie coś więcej, ale w końcu poradziła mi, bym zadzwonił do nadawcy, który może złożyć zażalenie, iż przesyłka nie dotarła. Wiedziałem, że paczka jest ubezpieczona (zapłaciłem za to), uzbroiłem się więc w cierpliwość. Wreszcie na mojej skrzynce pocztowej pojawiła się żółta karteczka. Dostawy, jak za realnego socjalizmu, tylko w godzinach 8.00-18.00. Można poprosić o wysłanie gdzie indziej (np. do pracy), ale to oznacza kolejny dzień straty. Gdy wreszcie miałem pudło pod biurkiem, okazało się, że doręczający pomylił adres, choć na rachunku był poprawny. Wpisano (z komputera...) inny kod pocztowy. Muszę jednak pochwalić przewoźnika. Obiecywał ostatecznie dostarczyć pudło w piątek, a przytargano je już w czwartek. W sumie 9 dni roboczych zamiast obiecywanych 5.

Poczułem się więc bardzo pewnie, bo dzięki komputerowemu śledzeniu przesyłki miałem ten nikły komfort, że mogłem choć troszkę wiedzieć, co się z nią dzieje. To uśpiło moją czujność, bo jak się wydaje, że coś wiemy i rozumiemy, to przestajemy być podejrzliwi. A trzeba takimi pozostać! Ongiś stałem się na własne życzenie ofiarą przewoźników. Nowo tworzony oddział firmy w Szwajcarii jakoś tak długo zwlekał z zakupem komputerów, że szefostwo po analizie porównawczej cen postanowiło serwer wraz z dwiema stacjami roboczymi i dwoma laptopami wysłać za morze z Bostonu. Znają państwo moje przygody z zamawianiem sprzętu (felieton "Orgia w pudełkach"), ale tym razem wszystko odbyło się jak w bajce. Jednego dnia przyszło 9 pudełek. Zainstalowałem systemy i oprogramowanie, zapakowałem wszystko z powrotem w firmowe kartony i poprosiłem recepcjonistkę o umówienie kuriera. Sam zaś spocząłem na laurach. Tym bardziej że za dwa dni wszystko było już w Bazylei.

Ba, niestety nie wszystko. Dwa najmniejsze pudełka tak się gdzieś zawieruszyły, że wszelki ślad po nich zaginął. Dział obsługi klienta był boleśnie szczery: ukradli. Ale mógł to zrobić tylko ktoś z pracowników przewoźnika, zaczęły się więc targi, kto ma zapłacić za dwa laptopy. Oraz ile. Zrobiono nam wykład na temat kamuflażu opakowania, niestety była to już musztarda po obiedzie. Ale skoro nie uprzedzono wcześniej, to mieliśmy punkt zaczepienia. Po długich negocjacjach uznano nam laptopy, ale bez kart sieciowych ("A kto wie, że one tam były?!"). Z kolei nasz dostawca sprzętu komputerowego bardzo się ucieszył, bo obrót jest podstawą sukcesu handlowego, tym bardziej że zakupione modele ThinkPad właśnie przestały być oferowane w cenach promocyjnych.

Morał z tych historyjek jest prosty. Chciwość sama w sobie nie jest naganna, ale powinna być ostrożnie dawkowana i ograniczana zdrowym rozsądkiem. Nie warto oszczędzać na ubezpieczeniach i dodatkowym ekspresie. A najlepiej kupować w sklepiku na rogu. O ile jeszcze nie zbankrutował.


TOP 200