Znowu coś bez znaczenia

Gdy kilka lat temu Nicolas Carr wystąpił z opracowaniem pod prowokującym tytułem "IT Doesn't Matter", w branży nastąpiło wielkie poruszenie. Jedni go krytykowali, inni chwalili, a niektórzy - pośród nich i ja - usiłowali zrozumieć i interpretować. Przesłanie Carra, mimo że bulwersujące, z pewnością dawało sporo do myślenia.

Gdy kilka lat temu Nicolas Carr wystąpił z opracowaniem pod prowokującym tytułem "IT Doesn't Matter", w branży nastąpiło wielkie poruszenie. Jedni go krytykowali, inni chwalili, a niektórzy - pośród nich i ja - usiłowali zrozumieć i interpretować. Przesłanie Carra, mimo że bulwersujące, z pewnością dawało sporo do myślenia.

Teraz w ten sam schemat próbuje się wpisać Ephraim Schwartz tytułując swój - niedługi w porównaniu z Carrem - artykuł: "Does ERP Matter?". Ponieważ wymądrzałem się kiedyś, i to nie raz, na temat tego co napisał Carr, teraz czuję się jak wywołany do tablicy przez samą już zbieżność tytułów. Po lekturze tekstu Schwartza zostaje jednak odczucie, że na zbieżności tytułów jego podobieństwo z Carrem się kończy. A samo zapożyczenie bardzo kiedyś nośnego tytułu może i jest pewnym nadużyciem.

O ile jednak Carr wychodził w swym opracowaniu ze skojarzeń historyczno-filozoficznych, Schwartz robi wrażenie sprowokowanego zmianą na szczycie czołowego dziś dostawcy systemów ERP, firmy SAP, czyli odejściem z jej zarządu Shai Agassiego, który nie dość, że uchodził za głównego w firmie innowatora, to jeszcze liczył na zostanie szefem całości. On to prowadził rozwiązania tej firmy w kierunku architektury usługowej i usług sieciowych, czyli SOA i Web Services. Dość zaskakującym efektem tych działań było swego czasu pojawienie się oprogramowania typu middleware o nazwie NetWeaver, które mało przecież miało wspólnego z samym ERP.

Jeden z moich kolegów, po powrocie z konferencji w USA, gdzie oprogramowanie to pierwszy raz zaprezentowano, skwitował ten fakt krótko i dość obcesowo: "Oni sami za bardzo nie wiedzą, co z tym zrobić". Dziś widać, że były to początki rozjazdu między wizjonerstwem Agassiego a resztą. To, jak prorocze było to wizjonerstwo, wychodzi dopiero teraz, kiedy - i o czym pisze Schwartz - ci od SOA i Web Services zaczynają skłaniać wielkich dostawców ERP do myślenia.

Zastanawia się też Schwartz, czy przypadkiem sterowanie w kierunku SOA/Web Services nie jest, w przypadku wielkich dostawców rozwiązań ERP, podcinaniem gałęzi, na której od lat wygodnie sobie siedzą. A potem idzie jeszcze dalej i twierdzi, że zainteresowanie tradycyjnymi systemami ERP spada i daleko już dziś do sytuacji sprzed lat kilkunastu, kiedy to posiadanie takiego systemu było dla firmy swoistą nobilitacją.

Ja zaś widzę to jeszcze inaczej: dawno temu uczono nas, że dobry system informatyczny to taki, który najlepiej spełnia oczekiwania użytkownika, nie wtrącając się w to, co i jak ten użytkownik robi i czy to, co robi, w ogóle ma sens. System miał być jak garnitur, możliwie najlepiej leżący na danej sylwetce, nawet wtedy gdy ona sama nie była modelowym ideałem.

Gdy zaczęły się pojawiać systemy ERP, nastąpiło odwrócenie ról: garnitur był gotowy i trzeba było weń wpasować delikwenta, wymuszając na nim liczne reorganizacje i sięgające podstaw zmiany w procesach. Na otarcie wartko przy tej okazji płynących łez, łaskawie zostawiano niewykończone rękawy i nogawki, do dopasowania we własnym zakresie. Wdrożenie takiego systemu ERP wiązało się z nadaniem firmie zupełnie nowego, mającego uchodzić za wzorcowe, oblicza.

Liczne wdrożenia spowodowały, że takich organizacyjnych wzorców namnożyło się sporo i wtedy okazało się, że można je powielać na własny użytek, wcale nie sięgając po sztywne systemy ERP, a korzystając z bardziej elastycznych rozwiązań opartych właśnie na architekturze usługowej i usługach sieciowych. A ich twórcy zdają się wyznawać zapomnianą wiarę sprzed lat, według której system ma robić to, czego potrzeba użytkownikowi.

Więc jeżeli tak rozumieć, że ERP znaczy dziś mniej - to zgoda.


TOP 200