Zmartwychwstanie Józefa F.

Józef F. zmarł w nocy z 3 na 4 grudnia. Trzymał wtedy tęgi mróz i poranne wezwanie do człowieka leżącego w śniegu potraktowano rutynowo. Przyjechała karetka, lekarz stwierdził zgon i zawiadomił policję. Ta wykluczyła udział osób trzecich, gdyż nad ciałem Józefa F., mimo kompletnego zamarznięcia, unosił się charakterystyczny zapach wina "marki wino" wypitego w nadmiernych ilościach.

Józef F. zmarł w nocy z 3 na 4 grudnia. Trzymał wtedy tęgi mróz i poranne wezwanie do człowieka leżącego w śniegu potraktowano rutynowo. Przyjechała karetka, lekarz stwierdził zgon i zawiadomił policję. Ta wykluczyła udział osób trzecich, gdyż nad ciałem Józefa F., mimo kompletnego zamarznięcia, unosił się charakterystyczny zapach wina "marki wino" wypitego w nadmiernych ilościach.

Dzięki dokumentom znalezionym przy denacie policja nie miała kłopotu z ustaleniem jego tożsamości. Akt zgonu został sporządzony i przekazany właściwym instytucjom.

Józef F. nie mógł wiedzieć, że właśnie umarł w nocy z 3 na 4 grudnia, bo w tym czasie znajdował się u swojego przyjaciela Eugeniusza Z. w innym mieście. Jeżeli nawet niepojętym zbiegiem okoliczności ktoś powiedział Józefowi F., że właśnie umiera kilkadziesiąt kilometrów dalej, doniosłość faktu własnej śmierci mogłaby nie dotrzeć do naszego bohatera. Józef F. był wtedy w trakcie hucznej zabawy w towarzystwie Eugeniusza Z. oraz jego konkubiny Sabiny G. I gdyby nasz bohater nie podał w pewnym momencie w wątpliwość honoru Sabiny G., a Eugeniusz Z. nie zirytowałby się, Józef F. mógłby długo jeszcze nie dowiedzieć się, że jest martwy.

Traf jednak chciał, że w obronie czci damy Eugeniusz Z. dotkliwie pokiereszował Józefa F. W konsekwencji trafił on nad ranem do lokalnego szpitala, z rozpoznaniem złamanej ręki oraz wstrząśnienia mózgu. Obrażenia te co prawda nie wydają się szczególnie szkodliwe jak na nieboszczyka, którym od kilku godzin był już Józef F., ale personel szpitala okazał brak czujności. Pochopnie wyleczył denata z jego dolegliwości, nie sprawdziwszy wcześniej, czy ów jest żywy, a potem poinformował lokalny oddział Narodowego Funduszu Zdrowia o wykonaniu usługi medycznej.

Dzięki sprawnemu systemowi informatycznemu pomyłka lekarzy ze szpitala została szybko wyłapana. Leczenia Józefa F. nie refundowano. Trudno przecież oczekiwać - argumentował oddział NFZ - by podatnicy finansowali leczenie nieboszczyków. Szpital mógłby teoretycznie wystąpić o zwrot kosztów do samego Józefa F., ale władze placówki nie są na tyle nierozsądne, by ściągać pieniądze od kogoś nieżyjącego od miesiąca, nawet jeśli zgłasza się stale na kontrolę.

O ile jednak systemy informatyczne służb publicznych sprawnie poinformowały się nawzajem o śmierci Józefa F., o tyle nie udaje im się ponownie porozumieć w kwestii jego zmartwychwstania, mimo podjęcia stosownej decyzji przez właściwe organy. Okazuje się bowiem, że o ile informacja o czyjejś śmierci propaguje się bez większych trudności, o tyle informacja o zmartwychwstaniu nie przechodzi równie łatwo z systemu do systemu. Wygląda na to, że konieczne będą znaczne nakłady finansowe na integrację aplikacji i baz danych, a być może również aktualizacja standardów. Józef F. pozostaje więc zmorą systemów informatycznych w instytucjach publicznych i pewnie wszyscy w głębi duszy woleliby, żeby umarł ponownie i tym razem nieodwołalnie.

Powiedzmy także szczerze, że Józef F. po czasie zorientował się, że śmierć ma wiele zalet. Będąc nieżywym, nie może otrzymać mandatu za jazdę bez biletu w pociągu, nie może zostać aresztowany za drobną kradzież w sklepie, a na dodatek na trupie nie ciąży obowiązek alimentacyjny. Z punktu widzenia Józefa F. nie ma życia nad życie nieboszczyka i nasz bohater skwapliwie korzysta z uroków bycia denatem.

Będę donosił o dalszych sukcesach w informatyzacji instytucji publicznych na przykładzie wskrzeszania Józefa F.


TOP 200