Zmartwienia purysty

Powoli, niepostrzeżenie, ale coraz silniej język związany z informatyką zaczyna oddziaływać na język potoczny. I to nie tylko wśród zawodowo zajmujących się tą dziedziną (co jest poniekąd naturalne), ale wśród osób w żaden sposób nie związanych z komputerami.

Powoli, niepostrzeżenie, ale coraz silniej język związany z informatyką zaczyna oddziaływać na język potoczny. I to nie tylko wśród zawodowo zajmujących się tą dziedziną (co jest poniekąd naturalne), ale wśród osób w żaden sposób nie związanych z komputerami.

W ostatnich latach obserwuję zawrotną karierę słowa "system". Co prawda jest ono znacznie starsze niż informatyka, ale niewątpliwie jego rozpowszechnienie zawdzięczamy systemom komputerowym. Mianem "system" określano kiedyś coś uporządkowanego, składającego się z wielu autonomicznych elementów współpracujących ze sobą. A teraz ogolony dryblas stojący w drzwiach i łypiący spode łba na gości to już nie wykidajło, ale "system ochrony". Wybielacz to już nie wybielacz, tylko "system aktywnej bieli". A krem przeciw zmarszczkom nazywa się "systemem wygładzania skóry".

Kariera "systemu" jest w gruncie rzeczy bardzo optymistycznym zjawiskiem. Moim zdaniem, oznacza ona, że producenci uważają, iż poprzez zaprezentowanie produktu jako coś skomplikowane i wysoko technologiczne dowartościują produkt oraz potencjalnego nabywcę. Zamiast przekonywać "nasz produkt jest prosty jak budowa cepa", zdają się mówić "nasz produkt jest prawie tak zaawansowany, jak rakieta kosmiczna", choćby nawet była to para butów.

Co ciekawe, dokładnie odwrotny trend obserwuje się wśród producentów rzeczywiście zaawansowanych produktów, np. oprogramowania czy urządzeń elektronicznych. Tutaj producent akcentuje przede wszystkim prostotę konstrukcji i łatwość obsługi. Telefon komórkowy nie może mieć "rewolucyjnej technologii..." (w miejsce kropek proszę wstawić dowolny wpadający w ucho skrót), natomiast najlepiej, jak ma "tylko jeden przycisk".

Inwazja terminologiczna przyjmuje też czasem karykaturalne formy. Microsoft przysłał mojemu pracodawcy ofertę promocyjną pewnego programu, znakomitego zresztą. W ramach zakupu licencji znajdują się "dwa incydenty supportowe". Zupełnie mnie to zdezorientowało, bo jako człowiek z natury praworządny nie mam ochoty na incydenty, tym bardziej w obcym języku. Na wszelki wypadek więc nie skorzystaliśmy z promocji. Ale może być też tak, że największej firmie software'owej świata uda się wprowadzić "incydent supportowy" do potocznego języka, tak samo, jak wcześniej udało się jej wprowadzić 32 bity. Notabene, ku zdumieniu wielu obserwatorów (w tym niżej podpisanego), którym wydawało się, że odbiorca w programie ceni jego cechy użytkowe, a nie wewnętrzną architekturę.

Mimo że podane przykłady są w zasadzie szczególnymi przypadkami wpływu angielszczyzny na język polski, to zdarza się, iż słowa polskie, stosowane dotychczas do innych celów, zmieniają znaczenie pod wpływem świata informatyki.

Za sprawą komputerów bardzo rozpowszechniło się słowo "paść". Kiedy w bloku ogłuchły telefony, to sąsiedzi mówili, że telefony "padły" (a nie "zepsuły się", "wysiadły" czy "uległy awarii"). Nastolatki już nie "przegrywają" kaset, tylko je "kopiują", zaś nowe programy w osiedlowej telewizji kablowej nie "pojawiły się", nie zostały "dodane", tylko "zainstalowane".

Jednak inwazję terminologii komputerowej na język i kulturę obserwuję bez obawy. Nowe słowa wzbudzają raczej zainteresowanie i rozbawienie, ale nie sprzeciw. Nie one bowiem zagrażają kulturze języka. Kulturze języka zagraża nadużywanie tzw. potocznej łaciny, czyli słów na litery k, ch i p, stosowanych w charakterze uniwersalnych przecinków. I to z nimi powinni walczyć puryści językowi.


TOP 200