Złota kropka (II)

W prowadzenie ustawy o zamówieniach publicznych miało na celu wyeliminowanie często występujących do tej pory zjawisk ''zaprzyjaźniania się'' pracowników sektora państwowego z firmami świadczącymi na rzecz ich zakładów pracy.

W prowadzenie ustawy o zamówieniach publicznych miało na celu wyeliminowanie często występujących do tej pory zjawisk ''zaprzyjaźniania się'' pracowników sektora państwowego z firmami świadczącymi na rzecz ich zakładów pracy.

Przetargi miały wykluczyć możliwość kombinowania - nie dopuszczając do udziału kontrahentów, jeżeli ich jedyny atut stanowiłyby dobre układy ze stroną zamawiającą. Czy jest tak rzeczywiście? Czy procedura przetargowa potrafi poprzez upublicznienie informacji spowodować rzetelny wybór firmy najlepszej, spośród wielu zainteresowanych potencjalnym kontraktem firm, pchających się drzwiami i oknami? Mogłoby się tak zdarzyć rzeczywiście, gdyby nie mechanizmy pozwalające na narzucanie paradoksalnych nieraz ograniczeń, gaszących zainteresowanie potencjalnych oferentów - dające szansę mniej wydolnym (jakże humanitarnie), a najczęściej tym, którym chce się ją dać.

Zasada 1 - upublicznienie ograniczone

Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie oświadczenie specjalisty ds. realizacji zakupu sprzętu w moim miejscu pracy, że informacja o przetargu jest publikowana w prasie, wówczas gdy dotyczy odpowiednio wysokiej kwoty. Wynikało to z moich wątpliwości, wzrastających coraz bardziej, w miarę jak ciągle były mi dostarczane komputery i serwery firmy "X", mimo iż najchętniej nie miałbym z nimi do czynienia. Okazało się bowiem, że do publicznej (w pełnym znaczeniu - poprzez ogłoszenie prasowe) wiadomości podawane jest jedynie miejsce wywieszenia dokładnej informacji o przetargu. Miejscem tym zaś była jedna z tablic ogłoszeń w budynku uczelni. Przestałem się więc dziwić, że w szranki przetargowe staje oddział firmy "X" oraz diler tejże firmy - poinformowani, bo i prawie są na miejscu.

Zasada 2 - tylko nie po nazwie

Gdy starałem się dociec, dlaczego zamiast komputerów firmy "Y" jestem uszczęśliwiany sprzętem firmy "X", budzącym me zastrzeżenia pod względem niezawodności, a także i ceny, okazało się, iż moje rozumowanie było opaczne. Sporządzając bowiem listę wymagań dla przetargu, nie można kierować się nazwą producenta sprzętu, nawet jeżeli jego światowa renoma potwierdza wysoką klasę produktu. Zamiast nazywać preferowaną firmę po imieniu, trzeba wyodrębnić cechy charakterystyczne produktu, tak aby jednoznacznie nie dawały szans konkurencji. Przy czym wskazywanie pożądanych atrybutów nie musi mieć cech racjonalności. Wystarczy na przykład, iż uprzemy się na komputer mający złotą kropkę na obudowie - podejście zupełnie irracjonalne i nie wymagające uzasadnienia! - i jeżeli tylko znajduje się taki w handlu, sprawę należy uznać za przesądzoną.

Tworzenie ustaw, zawierających potężne luki interpretacyjne, ma sens porównywalny z używaniem sitka do nabierania wody. Każda regulacja prawna, będąca zapisanym w naturalnym języku przepisem postępowania (algorytmem), musi precyzyjnie przewidywać bogactwo zależności i być logiczna - o czym wiedza wydaje się omijać szerokim łukiem kręgi ustawodawcze.