Zlecenie

Wydawać by się mogło, że czasy intratnych zleceń prywatnych, czyli inaczej mówiąc fuch, już dawno mamy za sobą. Obecne rozeznanie w popularnej technologii jest dosyć duże, więc z domowej opresji komputerowej ratuje syn sąsiada, a z kolei w firmach technologia jest na tyle dobrze postawiona, że nie może być przedmiotem trywialnej fuchy.

Czasami, jednak, jeszcze przydarzy się specjaliście cośkolwiek dorobić na boku. I właśnie szczęście uśmiechnęło się do Lokalnego Informatyka, gdy pewnego pięknego ranka wezwał go Szef. "Lokalny, jedź no do mojego sąsiada. Jego syn to młody, inteligentny człowiek. Ma jakiś drobny problem z komputerem i nie bardzo miał się do kogo zwrócić. Jest trochę mało obeznany z techniką, bo interesują go zgoła inne sprawy. Wiesz, taka dusza bardziej humanistyczna, więc z nauką i techniką na bakier" - takie oto zadanie otrzymał od Szefa.

Lokalny dzieli dresiarzy na trzy grupy. Pierwsza, to łysy osobnik poruszający się z psem o paskudnym wyglądzie, tak samo sympatycznym jak jego pan. Druga, to typ noszący na głowie czapkę bejsbolówkę bez względu na porę roku i poruszający się niemieckim samochodem dla ludu. I wreszcie trzecia grupa, to dresiarz właściwy, też dokładnie ogolony ale ubrany w lepszej jakości dresy, nierzadko obwieszony złotem i poruszający się niemieckim samochodem lepszej marki, ale niekoniecznie pierwszej młodości. Klient Lokalnego należał bez wątpienia do pierwszej grupy, chociaż zawierał w sobie pewne komponenty z grupy trzeciej. Jego szeroki kark obwieszony złotym, mało subtelnym łańcuchem dobrze komponującym się z dresem o złocistych lampasach, wygolona czaszka, sylwetka napompowana sterydami a także pewnie ćwiczeniami powodowały, że był nieco podobny do wieprzka, chociaż nie tak sympatyczny i z mniejszym poczuciem humoru. "Jak k… ch… je…" - w pierwszych słowach opisał dysfunkcję swojego sprzętu komputerowego. Jego pies, leżący do tej pory w kącie, na dźwięk tych słów zastrzygł krótko przyciętymi uszami, a jego przekrwione oczy skierowały się niepokojąco na Lokalnego. "K… ch… je… wyp…" - kontynuował wypowiedź klient, nadal używając słów, których w szacownym czasopiśmie przytoczyć w całości nie przystoi. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego nie wypada ich podawać na piśmie, skoro otaczają nas zewsząd na ulicy i wszyscy uważają to za normę.

Według Lokalnego, klient cierpiał na pierwsze oznaki opuszczenia przez mózg. Zupełnie nie łapał prostych skojarzeń, które Lokalny mu sugerował, jak też zupełnie pozbawiony był poczucia humoru. Według Lokalnego złożyły się na to dwa powody. Po pierwsze, mało intensywne używanie głowy do myślenia, po drugie zaziębienie, gdyż obnoszenie się z łysiną bez czapki w zimie nie rokuje najlepiej.

Lokalny fuchę odwalił, należność zainkasował. Teraz zastanawia się, gdzie lub kim byli dresiarze w czasach, gdy nie było dresów, tanich niemieckich aut oraz brzydkich psów. Ktoś może wie?


TOP 200