Zdjęcia i zdjęcia

Gdy pod pewnym kątem spojrzeć na klawiaturę komputera, uwagę zwracają klawisze błyszczące, wypolerowane przez częsty kontakt z opuszkami palców, a obok nich widać inne - matowe, niemal sprawiające wrażenie brudnych. Jest to prostym efektem tego, że jedne z nich są używane częściej, a inne rzadziej, bo taki, nierównomierny układ liter, cyfr i tej całej reszty występuje w pisowni.

Gdy pod pewnym kątem spojrzeć na klawiaturę komputera, uwagę zwracają klawisze błyszczące, wypolerowane przez częsty kontakt z opuszkami palców, a obok nich widać inne - matowe, niemal sprawiające wrażenie brudnych. Jest to prostym efektem tego, że jedne z nich są używane częściej, a inne rzadziej, bo taki, nierównomierny układ liter, cyfr i tej całej reszty występuje w pisowni.

Nie dotyczy to zresztą tylko klawiatur, ale również samych programów działających na komputerach, do których klawiatury te są podłączone - jedne programy są wykorzystywane niemal stale, inne rzadziej albo wręcz nigdy. Podobnie jest z funkcjami dostępnymi w ramach tych programów.

Nie inaczej bywa z domową elektroniką wszelakiego rodzaju, gdzie mało kto sięga po bardziej wyrafinowane funkcje i niewielu potrafi np. zaprogramować nagranie wybranego programu radiowego czy telewizyjnego o określonej porze, konkretnego dnia.

Dawno, dawno temu, nadworny fotograf "Przekroju" Wojciech Plewiński wyznał (chyba było to przy okazji jakiegoś jubileuszu...), że na każdą okładkę tego tygodnika robił kilkadziesiąt zdjęć, z których wybierane potem było to jedno jedyne. Przy dzisiejszej technice byłoby to zapewne nie kilkadziesiąt, a kilkaset, a może i ponad tysiąc i jeszcze większy embarras de richesse przy wyborze.

Nie wszyscy jednak muszą i chcą dokonywać podobnej selekcji. Jadę pociągiem. Późne, pochmurne styczniowe popołudnie. Młody człowiek naprzeciwko z nabożeństwem niemal ogląda dobyty z torby, nowy chyba, fotograficzny, który, tak z wyglądu, pochodzi co najmniej z wyższej półki średniej (jesteśmy sami w przedziale, ale pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to myśl: nigdy nie pokazuje się takich rzeczy w pociągu!...). Do tego jakieś papiery, książeczki - zapewne wiezie nowy nabytek. Po jakimś czasie chowa go, ale za chwilę znowu wyciąga i - mimo zapadającego zmierzchu - zaczyna robić zdjęcia. Pod bardzo ostrym kątem, przez niezbyt czystą szybę, tak, jakby chciał sfotografować moje w niej odbicie, bo pewno tylko to w niej widać. Myślę sobie: niewiele z tych zdjęć będzie, ale gdybym to ja właśnie kupił takie cacko, też chciałbym jak najszybciej się nim pobawić.

Uroczystość rodzinna. Część oficjalna i gastronomiczna. Podczas jednej i drugiej oprócz fotografa oficjalnego, rzesza amatorów. - a jakże! - cyfrowe. Błysk za błyskiem. Zdjęcia z bliska, zdjęcia z daleka. Upozowane i z zaskoczenia. Dziesiątki, setki zdjęć. Te same osoby, identyczne niemal ujęcia. Cyfrowy potrafi, cyfrowy nie kosztuje!

Potem ktoś to wszystko zbiera i nagrywa na płytę CD, której kopia dociera do całej rodziny i gości. Godzina albo i dwie oglądania, a wrażenie nijakie: zdjęcia w większości niczego nie ilustrują i nic nie opowiadają.

Służbowa impreza okolicznościowa. Fotografowie, miast integrować się (a jest z kim...), szaleją z aparatami. Cyfrowymi. Dobrej, bardzo dobrej klasy. Co i raz biegają do komputera, gdzieś na zapleczu, by powierzyć mu dotychczasowy urobek i móc zaczynać od nowa. Po kilku dniach płyta z efektami jak wyżej.

Dlaczego więc tego samego, ku ubolewaniu operatorów telekomów (za aparaty w telefonach płacą, a dochodów z tego brak!), nie czynią posiadacze telefonów z aparatami? Podobno 3 na 4 z nich ignoruje fakt ich posiadania. Operatorzy pocieszają się twierdząc, że to przez kiepską jakość zdjęć, za co winią wytwórców telefonów.

A może to tylko dlatego, że między wieloma sieciami w Europie z powodów technicznych zdjęcia zwyczajnie przesłać nie można? Wszak nawet poczciwych SMS-ów z Polski nie można odebrać w sieciach niektórych znanych i wielkich europejskich operatorów.


TOP 200