Zdenek

Było to gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Uczestniczyliśmy - kolega i ja - w konferencji informatycznej, odbywającej się w czeskich Karkonoszach. Chłód późnej jesieni nakazywał spędzanie wieczorów w barze. W pewnym momencie przysiadł się do nas facet nieźle mówiący po polsku. Po chwili rozmowy okazało się, że to wyjątkowy erudyta, z równą łatwością poruszający się w obszarze informatyki i literatury, w tym także polskiej. Człowiek pełen pomysłów i graniczących z fantazją idei.

Było to gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Uczestniczyliśmy - kolega i ja - w konferencji informatycznej, odbywającej się w czeskich Karkonoszach. Chłód późnej jesieni nakazywał spędzanie wieczorów w barze. W pewnym momencie przysiadł się do nas facet nieźle mówiący po polsku. Po chwili rozmowy okazało się, że to wyjątkowy erudyta, z równą łatwością poruszający się w obszarze informatyki i literatury, w tym także polskiej. Człowiek pełen pomysłów i graniczących z fantazją idei.

W jakiś czas później, co było efektem tamtej rozmowy, byliśmy z wizytą w ośrodku obliczeniowym największego zakładu przemysłowego w Ostrawie. Ośrodku, który wyprzedzał wówczas swe polskie odpowiedniki o jakieś 10 lat - zarówno pod względem nowoczesności sprzętu, jak i stosowanych rozwiązań. Tamtejszy poziom w znacznym stopniu był zasługą naszego, niedawno poznanego, znajomego. Był on tam kluczową postacią, mimo że nie zajmował żadnego prominentnego stanowiska, a w opinii producenta wspomnianego sprzętu i oprogramowania uchodził za jednego z najlepszych specjalistów na świecie. W uznaniu tego udostępniono mu kod źródłowy systemu operacyjnego i niezbędny do pracy z nim kompilator.

Gdy zaczęliśmy zapraszać go na konferencje i seminaria do Polski, to właśnie jego trafne, sensowne, dowcipne i pełne ironii wystąpienia przyciągały rzesze słuchaczy. W Czechach, wśród specjalistów krążyło chyba najlepsze z jego opracowań, pod znaczącym tytułem Klient-serwer, czyli nowe szaty cesarza.... Uzasadniał w nim, że modna wówczas technika klient/serwer nie była niczym nowym, gdyż stanowiła tylko rozwinięcie funkcji, jakie już gdzieś od połowy lat siedemdziesiątych pełniły monitory transakcji.

Sławne stały się jego polemiki na odbywających się w Ostrawie dorocznych konferencjach "Programowanie". Uczestnicy słuchali go i jego oponentów długo po zakończeniu oficjalnego programu.

Do pracy w Ostrawie dojeżdżał pociągiem z Frydlantu, miasteczka u podnóża Beskidów, gdzie mieszkał z nastoletnim synem, którym, po śmierci żony, opiekował się wspólnie z teściową. Często organizował długie wyprawy rowerowe po Beskidach, rozmyślnie, ale dobrodusznie irytując nadmiernie ważnych strażników na świeżo ustanowionej granicy czesko-słowackiej, biegnącej środkiem gór.

Na pytanie, skąd tak dobrze zna polski, odpowiadał, że w dzieciństwie przeczytał całą bibliotekę polskiej szkoły, którą po wojnie - już jako czeską - przez lata kierował jego ojciec.

Książki wymienialiśmy przy każdym spotkaniu, dbając, aby było to coś więcej niż "dzieła" wydawane na nowej, politycznej fali. Zaskoczyło mnie, że czescy pisarze-dysydenci, w przeciwieństwie do naszych martyrologów, mimo trudniejszego zazwyczaj losu, potrafili się zdobyć na dystans, ironię i humor wobec siebie samych...

Był w tej biografii i wątek sentymentalny: Zdenek opowiadał nam często i z przejęciem o dziewczynie z Krakowa, której pracodawca korzystał z jego wiedzy i pomocy. Ona zdawała się odwzajemniać sympatię, jednak całym jej światem była praca i opieka nad schorowaną matką. W efekcie nigdy nie dała się zaprosić nawet na kawę.

Jesienią 1995 r. spotkaliśmy się na konferencji na uniwersytecie w Yorku. Miesiąc później, zamiast na konferencji w Polsce, był w szpitalu. Po kolejnym miesiącu, w pochmurny i bardzo mroźny grudniowy dzień, stojąc obok Niego, wygłaszałem pożegnanie w imieniu polskich przyjaciół. W tych dniach mija pięć lat, jak Zdenek Rusin nie żyje.