Zaśmiecona autostrada

No i stało się. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy strumień spamu przekroczył granicę zdrowego rozsądku. Jeśli dostaje się raz na tydzień ofertę z Nigerii podzielenia się ukrytym skarbem tatusia-biurokraty, to jest to być może dobry temat do felietonu dla leniwego publicysty, ale nikt tak naprawdę tym się nie przejmuje. Nie jest wielkim utrapieniem propozycja zakupu toneru drukarkowego albo powiększenia organu, którego połowa ludności z przyczyn genetycznych nie posiada, nawet jeśli owe propozycje powtarzają się codziennie. Ale jeśli obudzicie się Państwo któregoś dnia i odbierzecie 50 listów, wśród których tylko jeden będzie naprawdę do Was adresowany, to znaczy, że dołączyliście do grona ofiar.

No i stało się. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy strumień spamu przekroczył granicę zdrowego rozsądku. Jeśli dostaje się raz na tydzień ofertę z Nigerii podzielenia się ukrytym skarbem tatusia-biurokraty, to jest to być może dobry temat do felietonu dla leniwego publicysty, ale nikt tak naprawdę tym się nie przejmuje. Nie jest wielkim utrapieniem propozycja zakupu toneru drukarkowego albo powiększenia organu, którego połowa ludności z przyczyn genetycznych nie posiada, nawet jeśli owe propozycje powtarzają się codziennie. Ale jeśli obudzicie się Państwo któregoś dnia i odbierzecie 50 listów, wśród których tylko jeden będzie naprawdę do Was adresowany, to znaczy, że dołączyliście do grona ofiar.

Tak jak przy autostradzie gromadzą się wszelkie śmieci wyrzucane przez podróżujących, tak w Internecie nasz adres pocztowy przyciąga śmieci elektroniczne. Im dłużej adres jest aktywny, tym większa szansa, że ktoś sprzeda go spamerom. Raz sprzedany adres zaczyna żyć własnym życiem, to znaczy pojawia się na kolejnych listach, przekazywanych bynajmniej nie z dobrej woli, tylko z brutalnej chęci zysku. Podobno lista 50 mln adresów (tak, milionów!) kosztuje tylko 250 USD, a więc pojedynczy adres w praktyce zero. Technologia elektroniczna pozwala łatwo przekazać taką listę adresową: jeśli najdłuższe adresy mają 40 bajtów, to cała baza danych na pewno mniej niż 2 GB, co oznacza, że łatwo mieści się na DVD-R, a prawdopodobnie po skompresowaniu nawet na CD-R.

Oczywiście, problemem jest wysłanie pięćdziesięciu milionów listów, bo fizycznie wymaga dużej przepustowości linii. No, ale domowe sieci kablowe oraz DSL i ten problem rozwiązały - wystarczy niewielka farma tanich serwerów pocztowych i już można ogłaszać, że rozreklamujemy dowolny byznes w milionach miejsc. To prawdziwe marzenie ludzi od reklamy. Jedno przyciśnięcie guzika i miliony reklam spływają do sieci. Nawet jeśli skuteczność takiej formy informowania potencjalnych klientów jest poniżej promila, to oznacza ona dziesiątki, a może nawet setki tysięcy odpowiedzi. Ile programów telewizyjnych ma widownię liczoną w milionach oraz ile kosztują półminutowe reklamy w czasie ich trwania? A spamer może sobie spokojnie odpoczywać na wakacjach, serwery robią swoje.

Czy jest w ogóle jakieś rozwiązanie tej plagi XXI wieku? Niektórzy dostawcy usług internetowych zaczynają filtrowanie poczty. Bardzo szlachetne działanie, ale niestety nieskuteczne, bo nie każdy list ze słowem "sex" w tytule jest spamem. Zresztą czas potrzebny do przejrzenia milionów listów jest nierealny, bo jeszcze trzeba wyłapywać wirusy w tych listach (granica między spamem i wirusami powoli się zaciera). Biedni dostawcy korzystają z ułatwień, na przykład blokują wszystkie listy, których nazwa załącznika zawiera dwie kropki. Oczywiście, powoduje to kompletne zamieszanie, bo oczekiwane listy też są usuwane z kolejki.

Innym sposobem jest ograniczanie przepustowości łączy tym domowym klientom, którzy wykazują nadzwyczajną aktywność pocztową.

Wreszcie do akcji wkracza prawo. Być może już niedługo, podobnie jak ma to miejsce w przypadku telemarketerów, powstaną listy zastrzeżonych adresów. Problem w tym, kto będzie ścigał zagranicznych spamerów? Filtrowanie i blokowanie ruchu w Internecie na modłę chińską nie jest rozwiązaniem sprzyjającym wymianie informacji międzynarodowej. Nam, klientom końcowym pozostają proste rozwiązania: nie udzielajmy swego adresu lub podawajmy fałszywy, gdy odwiedzamy podejrzane strony sieciowe. Albo też całkowicie go zmieńmy, co mnie osobiście przydarza się regularnie na skutek kolejnych połączeń firm obsługujących infrastrukturę Internetu. Do czasu, gdy spamerzy dowiedzą się, że mój nowy adres to: mailto:tatarkiewicz@comcast.net , mam święty spokój. W Nigerii pracują powoli.


TOP 200