Zapowiedź czegoś

Za sprawą jednego z poznańskich dzienników rozgorzał niedawno spór wokół zarzutu wobec sklepu ze sprzętem elektronicznym i elektrycznym, należącego do ogólnopolskiej sieci. Poszło o wprowadzoną tam i na różne sposoby reklamowaną masową obniżkę cen, która, według dziennika, okazała się być podwyżką.

Za sprawą jednego z poznańskich dzienników rozgorzał niedawno spór wokół zarzutu wobec sklepu ze sprzętem elektronicznym i elektrycznym, należącego do ogólnopolskiej sieci. Poszło o wprowadzoną tam i na różne sposoby reklamowaną masową obniżkę cen, która, według dziennika, okazała się być podwyżką.

Kierownictwo placówki tłumaczyło się dość mętnie, że przedtem dla wielu towarów stosowano ceny promocyjne, a ponieważ promocje się nie sumują, więc zanim wprowadzono obniżki, należało cofnąć promocje. No i zapewne dlatego po wielkiej obniżce okazało się być drożej niż przed nią.

Wygląda na to, że albo zagrano va banque licząc, że nikt się nie zorientuje, albo - co jest nawet bardziej prawdopodobne - nastąpiła pomyłka w kalkulacji, odpowiednie procenty wprowadzono do komputera i poszło... A może dlatego to drugie wytłumaczenie wydaje mi się bardziej prawdopodobne, bo, sądząc po tym co widzę, co mówią koledzy i znajomi z tzw. branży, jesteśmy już bardzo blisko pewnej trudnej do określenia granicy, w okolicach której zaczyna się tracić pełną kontrolę nad systemami IT, które pracowicie tworzymy.

Cała, obsługiwana przez te systemy rzeczywistość biznesowa kręci się coraz szybciej. Na coraz to nowe sposoby choć na chwilę próbujemy przyciągać uwagę klientów. Dziś promocja, jutro obniżka, pojutrze premiera. Ludzie biznesu eksplodują pomysłami, które natychmiast trzeba wdrażać, chociaż niektóre z daleka i bez lupy wyglądają na zaledwie takie sobie. A każde takie wdrożenie to zmiana w systemach informatycznych, często o skali zupełnie nieproporcjonalnej do naskórkowej, jeżeli można to tak określić, zmiany biznesowej.

A że ma być szybko, to i robi się szybko, coraz mniej czasu zostawiając na próby i testy.

Wielokrotnie już w tym i w innych miejscach podkreślałem, że od lat za najbardziej elastyczne i dojrzałe uważam systemy informatyczne zwane billingowymi, stosowane w telekomunikacji. Rozmawiając o nich w różnych gronach, zachodziliśmy w głowę, jak systemy te dają sobie radę z dziesiątkami wiecznie zmieniających się taryf, kategorii klientów, promocji itd., itp.

Podstawy tej wiary ostatnio jednak jakby się nieco zachwiały. Jeden oto z naszych operatorów okazuje się nie całkiem przygotowany do usługi przenoszenia numerów. Drugiemu nie wychodzi coś z obsługą kart wstępnie opłaconych i to do tego stopnia, że czuje się w obowiązku przepraszać klientów i oferować im rekompensaty. Trzeci ma problemy z naliczaniem czasu za połączenia internetowe, czy też należności za nie i na dodatek ma kłopoty z oszustami wyłudzającymi podstępnie doładowania. Czwartego szczęśliwie jeszcze na rynku nie ma. Bo gdyby był, też z pewnością nie byłby bez podobnych kłopotów (co, nie wiem dlaczego, wywołuje skojarzenie z Gałczyńskim: "Szopen, panie, gdyby żył, też by pił...").

Nie sądzę, że perypetie te to zbieg okoliczności. To raczej zapowiedź. Bo chociaż byśmy nie wiem po jakie sięgali metody, informatyka w którymś momencie nie nadąży za biznesem, który będzie miał nowy pomysł raz rano, drugi raz - wieczorem. Zaś to wieczorem będzie zmianą do tego, co było rano.

Dlatego podobnych wpadek będzie zapewne więcej i to właśnie tam, gdzie najintensywniej toczy się walka o ulotne względy klienta. Nie wierzę, że po stronie informatyki lekarstwem na wszystko staną się kolejne narzędzia typu "rapid", czy najnowsze architektury. Jedyna nadzieja w tym, że skołowani tym wszystkim klienci większości wpadek po prostu nie zauważą.

A w mojej hierarchii złożoności systemów zaraz za telekomunikacją idą ubezpieczenia i tuż za nimi banki. Prima aprilis!


TOP 200