Zamordyzm oświecony

Jedną z najciekawszych historii w polskim internecie jest rozkwit USENET-u, czyli grup dyskusyjnych hierarchii pl.*.

Starsi internauci pamiętają zapewne, że niegdyś był to kwitnący ogród dyskusji. Najciekawsze zaś były zasady rządzące tym światem. Nad wszystkim czuwała grupa adminów znających się osobiście, zaś cała ta maszyneria poddana była władzy jednego człowieka, w owym czasie asystenta, a dzisiaj adiunkta Politechniki Wrocławskiej. I to właśnie było gwarancją ładu USENET-u i sukcesu tej technologii u zarania polskiego internetu.

Lubimy opowiadać legendy o anarchistycznych i egalitarnych początkach sieci. Prawda jest inna: internet u swego zarania był światem arystokratycznym, gdzie grupa uprzywilejowanych dysponowała wszystkimi zasobami i podejmowała wszystkie decyzje wedle sobie znanych zasad i procedur. Nikt wtedy nie myślał o gwarancjach, traktatach i kartach praw podstawowych. Przestrzegano katalogu niepisanych zasad i grupowej lojalności. A wszyscy akceptowali fakt, że grupa administratorów może wszystko, włącznie ze strąceniem użytkownika w niebyt i wykasowaniem jego kont, wiadomości i plików.

Kiedy spojrzeć na internet AD 2013, widać, że w gruncie rzeczy nadal jest on tworem feudalnym. Zwykli użytkownicy są poddani woli administratorów, a od ich werdyktu najczęściej nie przysługuje odwołanie. Niektórzy nazywają to merytokracją, władzą wiedzy, ale to zwykły eufemizm. Lepiej pasuje mi określenie "zamordyzm oświecony" - bardziej oddaje asymetryczną relację między użytkownikiem a administratorem oraz fakt, że ta asymetria wynika z różnicy umiejętności.

I mam związaną z tym refleksję. Dzisiaj młodzi stykają się z "zamordyzmem oświeconym" sieci na długo przedtem, zanim spotkają się z pierwszymi instytucjami demokratycznymi, takimi choćby jak samorząd szkolny, o wyborach parlamentarnych nie wspominając. Dużo częściej też są poddani uznaniowej ocenie administratora niż bezstronnej i przejrzystej procedurze demokratycznej.

Stawiam tezę, że taka quasi-feudalna relacja będzie dla kolejnych pokoleń dużo lepiej zrozumiała i bardziej naturalna niż zinstytucjonalizowana demokracja, z jej hałaśliwymi rytuałami: debatą, głosowaniem, kastą zawodowych polityków mizdrzących się do elektoratu i chwiejnymi decyzjami, na które chwilowe emocje i siła grup nacisku wpływają bardziej niż długofalowy interes większości.

Dzieci sieci zaczną w końcu odtwarzać formy i role znane im z internetu. Podział na oświeconych "adminów" i bezwolnych, zdanych na ich łaskę "userów" przeszczepią do świata rzeczywistego.

Może czas powiedzieć "adieu!" demokracji i polubić "zamordyzm oświecony", znany dzisiaj z internetu?