Zamiast świętego oburzenia

Obserwuję uważnie przebieg różnych przetargów na informatyzację najważniejszych instytucji finansowych, np. banków czy towarzystw ubezpieczeniowych, na komputeryzację wielkich, kluczowych przedsiębiorstw czy też agend rządowych wiele znaczących w polskim życiu gospodarczym. Z pewnym wzruszeniem obserwuję, że na tym szczeblu interesów odchodzi w przeszłość stare, dobrze nam znane, oswojone pojęcie "korupcji". Łapówki, prezenty, prowizje mają coraz mniejsze wzięcie. Wręcz uważane są za prymitywne i niestosowne.

Obserwuję uważnie przebieg różnych przetargów na informatyzację najważniejszych instytucji finansowych, np. banków czy towarzystw ubezpieczeniowych, na komputeryzację wielkich, kluczowych przedsiębiorstw czy też agend rządowych wiele znaczących w polskim życiu gospodarczym. Z pewnym wzruszeniem obserwuję, że na tym szczeblu interesów odchodzi w przeszłość stare, dobrze nam znane, oswojone pojęcie "korupcji". Łapówki, prezenty, prowizje mają coraz mniejsze wzięcie. Wręcz uważane są za prymitywne i niestosowne.

Już widzę uśmiech politowania na twarzach znających życie Czytelników. Nie, nie, spokojnie. Nikomu nie dałem się nabrać, a miłość bliźniego nie jest u mnie górą nad realistyczną oceną sytuacji. Wcale nie chcę powiedzieć, że to uczciwość szerzy się w wyższych rejonach biznesu, a wątek ekonomiczny ma decydujące znaczenie dla ostatecznych decyzji organizujących przetargi. Żadnych złudzeń, panowie (90% Czytelników Computerworlda to mężczyźni!). W wielkiej części kontraktów uzasadnienie ekonomiczne decyzji jest na tyle tylko istotne, żeby uspokoiło laików i opinię publiczną, a dziennikarzom dało trochę materiału do napisania tekstów. Nie twierdzę, że nie ma uczciwych kontraktów. Twierdzę, że norma jest zupełnie inna. I to właśnie ta norma powoli wyrzuca z użytku staromodne pojęcie "korupcji". Teraz zastąpiła ją realizacja długofalowych interesów pewnych grup, bynajmniej nie ekonomicznych, lecz politycznych. W większości tych instytucji, agend i przedsiębiorstw określone grupy polityczne mają swoje wpływy po to, aby po pierwsze, odpowiednie osoby mogły się bogacić, a po drugie - istotniejsze - żeby partie, ugrupowania czy organizacje polityczne (lub parapolityczne) mały pieniądze na finansowanie swojej działalności. Te interesy są realizowane przez osoby piastujące nie zawsze najbardziej wyeksponowane stanowiska, ale jednak pozwalające czuwać nad sytuacją. Czasem są to ludzie odpowiedzialni za informatykę. Oni nie biorą żadnych łapówek, oni wiedzą, że są po to, aby partia - taka czy inna - miała pieniądze, a jemu też nie pozwoli wtedy zginąć.

Nie ma złudzeń, że to się zmieni na skutek czyjegoś świętego oburzenia. Zastanawiam się jedynie, na ile polityczne umocowanie decydentów przeradza się w niekompetencję - albo odsuwa na bok kompetencję - a na ile mobilizuje ich do lepszych biznesów. Zresztą, jak biznesu nie potrafi się robić, to zawsze można wprowadzić cła ochronne albo koncesje...


TOP 200