Zakrętka

W stajesz rano i nieprzytomny udajesz się do łazienki. Odkręcasz zakrętkę od tubki z pastą do zębów i zamiast zgrabnie przytrzymać ją lub odłożyć na bok, upuszczasz ją wprost do umywalki.

W stajesz rano i nieprzytomny udajesz się do łazienki. Odkręcasz zakrętkę od tubki z pastą do zębów i zamiast zgrabnie przytrzymać ją lub odłożyć na bok, upuszczasz ją wprost do umywalki.

Ta zaczyna wykonywać taniec wokół krawędzi jak kulka w ruletce, ruchem spiralnym zbliżając się niebezpiecznie ku odpływowi. Nie czekając, aż wpadnie i zniknie w czeluści, grożąc zatkaniem odpływu, zdobywasz się na heroiczny wysiłek i ręka goni zakrętkę po umywalce. Ponieważ zakrętka szybka jest jak licho jakieś, szansa złapania jej w locie przedstawia się raczej mizernie. Ścigasz ją, ścigasz i gdy wreszcie ujrzysz ją w otworze odpływowym, okazuje się, że byłeś o ułamek sekundy powolniejszy. Twój wysiłek został wydatkowany nieefektywnie - wybrałeś złą taktykę, która nie przyniosła spodziewanego skutku. Zamiast z miejsca zakryć odpływ i z uśmieszkiem tryumfu oczekiwać, aż bezmózga zakrętka sama wpadnie w pułapkę, bawisz się w jakąś ciuciubabkę, a głupi przedmiot robi z ciebie kompletnego kretyna. Trudno w zaistniałej sytuacji mieć pretensję do zakrętki. Ze skruchą bierzesz całą winę na siebie, aczkolwiek wściekły jesteś - bliżej nie wiadomo czy na siebie, czy na krnąbrny przedmiot.

Czy ktoś z nas nie miał w życiu identycznej sytuacji? Dzisiaj jest znacznie lepiej, bo pasta do zębów jest zazwyczaj zabezpieczana dinksem zaciskowym na stałe połączonym z tubką. A jeśli nie, to umywalki mają tak skonstruowane odpływy, że trudno w nich cokolwiek zgubić. Wynika z tego, że postęp technologiczny jak zwykle przyszedł użytkownikom na ratunek, odsuwając w niepamięć utrapienia wydające się dzisiaj zupełnie śmieszne i niewiarygodne. Można wyciągnąć wniosek, że mycie zębów przed pojawieniem się przyjaznej ku temu technologii było jedynie utrapieniem, stratą czasu i nerwów. Trzeba było nie myć, czekając aż procedura posiądzie znamiona odpowiedniej jakości. Bierne oczekiwanie na gotowe nie jest mimo wszystko najwłaściwszym w tym przypadku rozwiązaniem, gdyż - po pierwsze - mogłoby się okazać, że nie mamy już czego myć, więc co nam po lepszej technologii, a po drugie - gdyby wszyscy czekali, nikt nie usprawniłby tej nękającej miliony użytkowników zmory, bo nie byłoby doświadczeń i słów krytyki, dających kopniaka do podnoszenia jakości.

W miejsce tego, jako odpowiedź na społeczne oczekiwania, pojawiłaby się zapewne metodyka postępowania ze sztucznymi szczękami - z początku też niedoskonała i doskonaląca się wraz z pojawiającymi się potrzebami. Tak czy owak, wszystkie procesy ulepszania, normowania i podnoszenia jakości są pochodną ogólnego niezadowolenia z niedoskonałości produktu przy jednoczesnej chęci lub konieczności jego użytkowania.

I tym akcentem chciałbym uspokoić zniecierpliwionych użytkowników komputerów, dostających szału przy nie wiadomo której już z rzędu reinstalacji systemu po padzie lub zniecierpliwionych koniecznością ciągłego restartowania komputera po zmianie parametrów usługi.