Za głosem serca

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale na naszych oczach pada kolejny mit: że informatyk to dobry zawód dla dziecka. Bywam proszony przez rodziców o radę, jakie studia powinna wybrać ich latorośl. Niezmiernie mnie to zawsze irytuje, bo nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice narzucali mi wybór studiów - ale z drugiej strony, nie mnie oceniać stosunki panujące w tej czy innej rodzinie.

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale na naszych oczach pada kolejny mit: że informatyk to dobry zawód dla dziecka. Bywam proszony przez rodziców o radę, jakie studia powinna wybrać ich latorośl. Niezmiernie mnie to zawsze irytuje, bo nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice narzucali mi wybór studiów - ale z drugiej strony, nie mnie oceniać stosunki panujące w tej czy innej rodzinie.

Pytanie to zdarza się także w innej formie: czy trudno jest zostać informatykiem. Fakt, że ludzie pytają mnie o to, dowodzi, że postrzegają mój zawód jako ciekawy, obiecujący oraz dający dobre i stabilne dochody.

Jeżeli jednak sięgnąć po poniedziałkową Gazetę Wyborczą to widać, że informatyk przestał być dobrym zawodem dla dziecka; przynajmniej nie jest lepszy niż inżynier innej specjalności, ale na pewno gorszy niż przedstawiciel handlowy (występujący także pod nazwami handlowiec, inżynier sprzedaży, konsultant ds. pozyskiwania klientów, sales executive i jeszcze wieloma innymi). Nie ma w tym naszej winy; szczerze mówiąc, spodziewałem się takiego obrotu sprawy, nawet gdyby nie pojawiła się recesja. Dziesięć lat temu "edukacyjnym pewniakiem" były kierunki ekonomiczne, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych pojawiły się więc tysiące umiarkowanie dobrze wykształconych (ale za to nieprzyzwoicie ambitnych...) specjalistów od zarządzania. Długo rolę dobrych studiów dla dziecka pełniło prawo, ale prawników się namnożyło ostatnio bez liku.

Cóż więc powiedzieć o informatyce? W połowie lat dziewięćdziesiątych powstało wiele nowych kierunków informatycznych, zwiększono też limity przyjęć na istniejące. Dzisiaj wzmożona podaż absolwentów informatyki zderzyła się z minimalnym popytem, a skutki widzimy właśnie w poniedziałkowej Wyborczej i serwisach pośrednictwa pracy - dla młodych informatyków pracy jest bardzo mało.

I martwi mnie to, i cieszy. Martwi z wiadomych względów, natomiast cieszy, bo nie jestem entuzjastą dobierania studiów pod kątem przyszłych szans na rynku pracy. Wiem, że brzmi to jak herezja, ale uważam, że na studia należy iść za głosem serca, nie zaś rozumu. Po pierwsze, dlatego że studia to długie pięć lat na styku młodości i dorosłoś-ci, dla większości osób okres bardzo interesujący i radosny. Robienie przez pięć lat czegoś, na co nie ma się ochoty, to prawdziwy koszmar. Nie wyobrażam sobie dziś rozpoczynania studiów z czystego wyrachowania. Po drugie, wybieranie kierunku studiów pod kątem aktualnego rynku pracy to nieporozumienie: w perspektywie pięciu lat nie da się przewidzieć trendów rynkowych ani tym bardziej gwałtownych zjawisk. Może za pół dziesięciolecia nawet handlowców będzie nadmiar?

Pewnie nie, ale mogę zaręczyć, że pojawią się zawody i stanowiska, o których istnieniu dzisiaj nawet nie śnimy, a które okażą się najlepszymi z najlepszych, przynajmniej pod względem kariery i dochodów. Kto je obejmie, skoro nie będzie ludzi kierunkowo wykształconych? Ano obejmą je ci, którzy potrafią myśleć, szybko adaptować się do nowych sytuacji, mają szeroko zakreślone horyzonty intelektualne i... lubią życie oraz są ciekawi świata. Takich ludzi nie znajdzie się wśród wyrachowanych karierowiczów, którzy dzisiaj studiują to czy owo, bo tak wypada, bo z tego będą (hipotetycznie...) pieniądze lub bo ojciec kazali.

Część z tych nowych zawodów na pewno będzie miała coś wspólnego z komputerami, dlatego nie zniechęcam do studiowania informatyki. Wręcz przeciwnie, namawiam do tego! Ale tylko wtedy, gdy tak podpowiada serce.